Admiraletto – dzień pierwszy Wielkiej Prapremiery!

Ponieważ nie stanęliście na wysokości zadania i nie uczyniliście mnie milionerem, jestem zmuszony jednak opublikować Admiraletto.
Dlatego dziś ogłaszam dzień pierwszy Wielkiej Prapremiery:
Vintage Book Design Kit - Scared Dragon's Book Design Library, V
W dalszej części wpisu, na zrobienie sobie (nie)smaka, zamieszczam początek wielkiej powieści morskiej fantasy.  Reszta będzie do kupienia za jedyne 15 złotych!
Kiedy? Wkrótce! Szybciej niż się spodziewacie!
Acha! I jeszcze jedno – lajkujcie, linkujcie, dzielcie się, polecajcie, odradzajcie, dyskutujcie i krytykujcie ile wlezie! Cisza jest zakazana!

Arnold Buzdygan

ADMIRALETTO

Księga uRodzaju

Rozdział .1.

Adrzej Tuu stał na samej krawędzi góry z kubkiem w ręku, znad którego unosił się czarny dym z czarnego naparu Dziwacznych Ludzi. Loki jego łysiny rozwiewał świeży, przyjemny wiatr. Finezyjnym ruchem obrotowym zakreślił horyzont pełen unoszących się na morzu gór lodowych, ułożonych z gracją w prawie regularne półkole.

– Patrz Szafiro! Gzdie oknem nie sięgnąć, lwy mroskie miauczą donośnie a góry suną jak wzdułż ekierki! – odezwał się.

Szafira gwałtownie wyrwała się ze snu – jej serce kołatało jak szalone.

– O Matko Wszechmogąca! Za jakie winy muszę śnić takie koszmary!? – wzniosła modlitewną skargę do Stwórczyni.
Była cała zdyszana, wnętrze wypełniał skwar. Znaczyło to, że znowu spała prawie do południa i lejący się z nieba żar pokonał chłód lodowego podłoża. Przeciągnęła się jak foka, odrzuciła skóry, wciągnęła buty na bose stopy i wyszła przed ger. Przyjemnie chłodząca morska bryza musnęła jej nagie ciało. Rozglądnęła się. Matka i ciotka leżały na hamakach w cieniu rosochronu i rozgrywały partyjkę szachów. Podeszła do nich i wprawnym okiem szybko oceniła sytuację.

– Jeszcze dwa ruchy Hetmana i Królowa już nie będzie miała się gdzie ruszyć – wtrąciła się.

Ciotka Sasza Tuu z Matką popatrzyły na nią obruszone.

– Nie musisz podpowiadać jak ciotka może zrobić mi szach mata! – skarciła ją Matka dobrodusznie

– To będzie pat, Mamo – roześmiała się. – Królowa nie będzie miała się gdzie ruszyć, ale nie będzie pod biciem. Możesz to jeszcze zremisować!

– A sio! – odpędziła ją gestem ciotka wskazując jednocześnie za jej plecy. – Idź się ubrać bo Karol zaraz straci palca!

Szafira odwróciła się. Faktycznie! Karol, przysadzisty mężczyzna w średnim wieku, patrzył na nią w ewidentnie lubieżny sposób. Stracił przy tym kontakt z rzeczywistością i właśnie przypalał sobie palca pod soczewką. Widać już było dymek przypalanej skóry, gdy w końcu poczuł ból i zabierając rękę z garnka syknął rozdrażniony sam na siebie. Natychmiast wsadził rękę w kopiec śniegu.

Szafira zupełnie nieskrępowana sytuacją podeszła do niego i zaglądnęła do kotła.

– Co tam pichcisz?

– Witaj Dziewko Szafiro! Dziś będzie pyszny gulasz z morsa! Palce lizać – dodał patrząc na nią sugestywnie.

Szafira wystawiła mu język i odwróciła się. Wracając do wnętrza geru, powabnym, lekko balansującym krokiem, jeszcze mu się odgryzła:

– Nie dla lwa szpyrka!

Ciotka i Matka obserwujący całą sytuację roześmiały się.

– Zadziora z tej Twojej Szafiry, tylko strasznie chuda taka, a przecież czas jej Inicjacji już nadszedł. Nadal nie chce poznać uroków dorosłości?

– Masz podwójną rację Matko Saszo. Jjuż 160 Księżyców minęło od czasu gdy się urodziła. I prawda to Ci, że utuczyć ją trzeba. Ale jak to zrobić gdy zamiast leżeć i pachnieć woli z chłopcami się szlajać!? Wydaje mi się, że na razie zbytnio to lubi i nie chce się pozbawić tej rozrywki.

Ciotka pokiwała ze zrozumieniem głową:

– Nic na siłę, nic na siłę, choć takie męskie zajęcia nie przystają damom, nawet w dziewczęcym wieku. Dajmy jej jednak czas – Matka Wszechmogąca już o to zadbała by zew kobiecości był silniejszy niż takie przyjaźnie z chłopcami. Wkrótce sama przemożnie zapragnie Inicjacji.

Kobiety znowu roześmiały się.

W tym czasie Szafira wśliznęła się w swoją drugą skórę, wzdrygając się tylko na jej wilgotny chłód, po czym wybiegła z jurty i szybkim krokiem wyszła za obręb wiatrochronu. Potem równie energicznie zeszła na linię wody, wykutymi w lodzie schodami.

Chłopcy, w ilości czterech osób, jej rówieśnicy, siedzieli na platformie-pontonie zbudowanym z kości, ścięgien i skór waleni, przymocowanym solidnie do lodu i oprawiali swoje dzisiejsze łowy.

Szafira uśmiechnęła się do nich na powitanie pokazując rząd równych, białych zębów, a oni odwzajemnili się własnymi powitalnymi uśmiechami.

Lubiła z nimi przebywać, szczególnie od kilku księżyców. To wtedy do ich góry dobiła łódź innego klanu i w zamian za zasoby zostawiła jednego z chłopców – Mateusza. Od razu wpadł jej w oko, choć na jego policzku wypalone było Znamię i jako porządna dziewczyna powinna trzymać do niego dystans. Bo kto to widział by dama obdarzała sympatią kogoś kto nie miał prawa nosić nazwy klanu bo rodząc się zabił swoją matkę?
A jednak!
Szafira od razu go polubiła, a późniejsze wspólne zajęcia pokazały, że Mateusz był wspaniałym, niezwykle bystrym kompanem. Na dodatek obdarzonym inteligentnym i dociekliwym umysłem, dorastającym jej własnemu. Co było dla niej trudną konstatacją bo bądź co bądź był to osobnik płci męskiej, a nie żeńskiej! Szczególnie zdumiało ją jak nauczył się od niej sztuki czytania i wiązania liter choć go tego nie uczyła, a tylko przy nim nieopatrznie czytała. Potem już poszło samo – w błyskawicznym tempie przekazała mu całą swoją wiedzę, wszystko to czego uczyła ją Matka. Chętnie za to nauczyłaby go grać w szachy, ale bała się, że żeny to spostrzegą i zrobi się z tego taka afera, że go wydalą. Już to, że umie czytać i tak zaawansowanie rachować musieli zachować w ścisłej tajemnicy.

Szafira usiadła na krawędzi platformy, spuściła nogi do wody i pochyliwszy się, nabrała w dłoń wodę i ochlapała nią swój strój dla ochłody.

– Już jest ciepła – skonstatowała – można będzie kąpać się nago!

– Tak, wczoraj przekroczyliśmy granicę prądów – potwierdził Mateusz. – Przyszły już nawet sygnały, że na Wielkiej Górze mężczyźni zaczęli szykować ją do Wielkiej Fiesty.

– Jeszcze tylko 12 księżyców i my też będziemy mogli wziąć w tym udział – zauważył Łukasz Tuu.

– Werszice zboaczę kobeice piersi! – napalił się Adrzej Tuu.

Chłopcy zarechotali pożądliwie.

– O tak! – Łukasz Tuu przybił mu piątkę.

Szafira, popatrzyła na nich zdziwiona. Mimo, że przebywała z nimi codziennie, coraz częściej ją zaskakiwali dziwnymi gadkami.

– Przecież mogę Wam pokazać swoje już teraz – zaproponowała.

Przez chwilę chłopców zamurowało, pierwszy otrząsnął się Adrzej Tuu. Jego twarz wykrzywił grymas obrzydzenia:

– A kto by chicał ogąldać Towje peirsi!? – wyrzucił z siebie z odrazą. – Kogo by ceikwaiły ccyki kumpla!? – dokończył stawiając czysto retoryczne pytanie.

Mateusz niedowierzająco pokręcił głową: jak ten Adrzej Tuu coś palnie, to…

Szafira wzruszyła tylko ramionami.

– Nie, to nie. – odparła.

– Jednakowoż – Łukasz Tuu zaczął nieśmiało, po czym nabrał śmiałości – ja bym mógł zobaczyć.

– Teraz to się wypchaj – żachnęła się Szafira – straciłam ochotę.

Łukasz zrobił smętną minę, ale Szafira była niewzruszona:

– Płyniemy na łowy? – zapytała. – Pogoda jest przepiękna!

– My już blyiśmy gdy Ty sobie samnczie spałaś – ostudził jej zapał Adrzej Tuu. – Nie chce mi się zonwu woisołwać.

– Wcale nie tak smacznie – odburkła Szafira, wspominając w myślach nieciekawy sen z Adrzejem Tuu w roli głównej.

Popatrzyła z nadzieją na Mateusza. Ten zrozumiał insynuację.

– Ja mogę z Tobą popłynąć – zadeklarował się. Szafira uśmiechnęła się triumfująco. Na niego zawsze mogła liczyć. Postanowiła mu to wynagrodzić.

Wsiedli we dwójkę do łodzi – wykonanej z tych samych materiałów co ponton – i odpłynęli od góry. Jednak tym razem nie łowy były w głowie dziewczyny, lecz kąpiel w ciepłym morzu. W końcu tyle księżyców na to czekała! Mateusz rytmicznie wiosłował, a ona podziwiała jego tworzącą się już muskulaturę i leniwie rozmyślała nad naturą rzeczy zachwycając się pięknem świata. Jej góra prezentowała się okazale i majestatycznie. Różne odcienie bieli, przechodzące stopniowo w ciemny błękit, skrzyły się wspaniale w pełnym słońcu, gdzieniegdzie wydobywając barwy pełnej tęczy. Lekkim zgrzytem był tylko ciemny brąz złoża rudy, szpecący górę na pewnej wysokości. Był jak ciemna blizna, choć przecież tak pożądany. Szafira zamyśliła się na chwilę. Matka Wszechmogąca naprawdę dała im w obfitości wszystko co potrzeba do życia! Na górze życiodajne Słońce, Księżyc odmierzający czas i gwiazdy do nawigacji, pod spodem niezgłębione morze pełne rozpuszczonych w nim pierwiastków a także ryb, ssaków, ptaków i innych żyjątek dających wszystko co potrzeba do przeżycia i zabawy. Pomyślała także o tym byśmy mieli trwały grunt do budowy siedzib w postaci gór lodowych i to jeszcze z żyłami przydatnych rud. Czego chcieć więcej!?

W końcu uznała, że dość się oddali i zakomenderowała:

– Stop!

Z tej odległości, ludzie na górze byli tylko sylwetkami.

– Masz ochotę popływać? – zapytała.

– Nago!? – dopytał Mateusz.

Po raz kolejny przekonała się o bystrości jego umysłu. Uśmiechnęła się i skinęła głową. Mateuszowi nie trzeba było nic więcej. Natychmiast zrzucił swój strój i stanął przed nią cały nagi. Coś ciepłego targnęło jej jestestwem, zdała sobie sprawę, że w tym momencie podoba jej się jeszcze bardziej. Ona też stanęła przed nim całkiem naga.

– I co? Jak Ci się podobają moje piersi? – zapytała z niepokojem w sercu.
– Nie są tak duże jak innych kobiet – zaczęła się tłumaczyć, ale nie zdążyła skończyć bo Mateusz jej przerwał.

– Są piękne! Ty jesteś piękna! Nigdy nie widziałem nic tak pięknego! – wyszeptał do niej zaaferowany.
Szafira zarumieniła się na te komplementy, czuła… nie! Wiedziała po tonie głosu, że są absolutnie szczere. Podeszła, do niego, a ten ją objął i przytulił do siebie. Stali tak chwilę, targani nowymi uczuciami i nieznanymi do tej pory emocjami. W końcu Mateusz uniósł ją i przerzucił śmiejącą się przez burtę do wody. Zaraz potem wskoczył za nią. Jednak śmiech ich baraszkowania niósł się daleko. Matka z Ciotką usłyszały i rozpoznały głosy młodych.

Wyszły za obręb siedziby i stanąwszy na krawędzi góry zaczęły obserwować pluskających się w oddali młodych.

– Nie jest dobrze – zauważyła Ciotka Tuu – młoda chyba czuje miętę do tego Napiętnowanego. Może to też jest jeden z powodów, dla których jeszcze nie chce zgodzić się na Inicjację?

– Na to wygląda – zgodziła się Matka. – Musimy tylko skłonić ją do towarzyszenia nam na Wielką Górę.

Ciotka Tuu uśmiechnęła się przebiegle:

– A tam upojona Nektarem Uciech, ochocza podda się Inicjacji i kobiecym rozkoszom.

– Jakbyś czytała mi w myślach!

– A wieści niosą, że nowych trutni w tym roku ma być niezły urodzaj! – dodała Ciotka Tuu. – Aż jestem ciekawa na ile kwadr szaleństw wystarczy nam nektaru!?

– Przestań! – ofuknęła ją Matka – Dobrze wiesz, że nie mogę się doczekać! Już mi się opatrzyły te nasze. Matka wymownie spojrzała w stronę pracujących u podnóża góry mężczyzn. – Od kilku księżycy tylko oni, najwyższy czas na urozmaicenie!

Kobiety zamilkły, rozmarzywszy się o tym co się szykuje. Ich twarze przybrały błogi wyraz.

Ciąg dalszy niestety nastąpi!

Zapisz się do newslettera jak chcesz być o tym od razu powiadomiony.

This article has 5 comments

    • Arek Reply

      Można tutaj:
      32109000754172231070425596
      ale na razie będzie tylko jeden tom 🙂

  1. felchtragedy Reply

    Nie wiem po co nobilitować „autora” oryginału przez włożenie wysiłku w całkiem niezłą parodię. Twoja wola Arnoldzie. Mam jednak pytanie, czy składnia typu „biegnąc do szkoły spadła mi czapka” rzeczywiście występuje w Admiralette? W miarę możliwości proszę o przykłady, to zawsze duża radość być świadkiem takiego partactwa,

    • pant3k Reply

      felchtragedy,

      A może chodzi o to, że czapka biegła za nim do szkoły i spadła np. z chodnika(w San Francisco) na jezdnie?

Leave a Comment

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *