Ciąg dalszy do kupienia:
arizo.net  – format w pdf, epub, mobi
gumroad.com – format w pdf, epub, mobi
virtualo.pl – format w pdf, epub, mobi

*
Zobaczyłem go idącego pieszo obok konia. Schodził z góry uliczki i wyróżniał się, bo choć nie był stary, włosy miał całkiem białe. Nie przeczuwałem wtedy, że los jeszcze nie raz skrzyżuje nasze ścieżki…

 Podszedł do mnie i zapytał:

 – Stajenny?

 – Nie Panie, jam syn karczmarza, ale wiem jak konia oporządzić…

 – Masz tu 10 miedziaków – w powietrzu szerokim łukiem zawirowała moneta, chwyciłem ją pewnie i uśmiechnąłem się do Białowłosego-i daj mu najlepszego owsa jakiego masz … bez ostu !

 – Panie, żadnego ostu, klnę się….

 Nie odpowiedział i wszedł do naszej karczmy. Rozradowany sowitą zapłatą w podskokach pobiegłem z koniem do stajni. Wprowadziłem go do środka i stwierdziłem, że sam jednak nie dam rady ściągnąć wypchanych juków.

 Ech – westchnąłem na głos – mus mi po brata podejść.

 Zostawiwszy konia, chyżo wbiegłem do izby i zamarłem… Za przyjezdnym stało dwóch wykolejeńców w groźnej pozie, a trzeci ubliżał mu stojąc u jego boku. Jak nic szykowała się następna awantura… Popatrzyłem na ojca, ale ten – jak zwykle – przezornie udawał, że nic nie zauważa. W jednej chwili wyleciał mi z głowy powód, dla którego tutaj przyszedłem. Z ciekawością obserwowałem zajście. Byłem pewny, że tamci popełniają błąd zaczepiając przyjezdnego. Nie wiem skąd się brało owo przekonanie – czy z pewności, jaka emanowała z jego postaci, czy też z powodu miecza, nietypowo przerzuconego przez plecy, czy też z powodu jego długich, srebrnych włosów mimowolnie budzących szacunek. W każdym razie przeczucie nie zawiodło mnie… Jeden z drągali wytrącił piwo z ręki nieznajomego, chwycił go za pierś…

 I się zaczęło…

 Wszystko stało się tak szybko, że niewiele z tego zarejestrowałem:

 błysk miecza…

 bryzgającą krew…

 krzyk… gruchot mebli.

 Zanim mrugnąłem powiekami tamci leżeli posiekani na podłodze…

 Ciszę jaka zapanowała w izbie zakłócił jedynie piskliwy, paniczny krzyk kobiety. Białowłosy oparł się plecami o ścianę i spięty, uważnie rozglądał się po sali. Kręcił przy tym płynnie i majestatycznie mieczem, rozglądając się czujnie wokół. Nikt inny się nie ruszył.

 Patrzyłem na niego pełen podziwu – już wiedziałem, kim chciałbym zostać…

 Krzyk kobiety zwabił do karczmy strażników. Choć już nie raz bywały tutaj bójki, to jednak widok jatki zaskoczył ich. Dostrzegli winowajcę i chwycili za miecze. Jednakże nie kwapili się do walki. Pomimo liczebnej przewagi widok trzech leżących ciał ostudzał ich zapał. Gdy nieznajomy wyciągnął jeszcze sztylet dowódca straży kazał jednemu ze swoich biec po pomoc, a Białowłosemu drżącym głosem rozkazał rzucić broń. Nie na wiele mu się to zdało… Obcy sięgnął po medalion wiszący na jego piersi i wykonał nim dziwne znaki w powietrzu – błysnęło a ja tracąc nagle wszystkie siły osunąłem się na podłogę…

 Ocuciły mnie nieprzyjemne klepnięcia w policzek. Otworzyłem oczy. Nade mną pochylał się mój brat, który wcześniej uderzał mnie bezlitośnie po twarzy. Za nim stał ojciec i mój najlepszy druh Nekaah oboje z widoczną troską w oczach.

 – No wstawaj, posprzątać tu trzeba – rzekł twardo ojciec jak tylko zobaczył, że nic mi nie jest – do roboty… a nuże !

 Nekaah podał mi dłoń i pomógł mi wstać. Trzy trupy leżały nieruszone. Gdy je zobaczyłem, do mojej świadomości dotarł obrzydliwy smród… Smród krwi i wnętrzności z trzewi wypełniający całe pomieszczenie. Zwymiotowałem. Brat i ojciec z niesmakiem odwrócili głowy, ale nic nie powiedzieli. Tylko Nekaah patrzył na to spokojnie.

 – My już rzygaliśmy – powiedział z uśmiechem – chyba trza wszystkie okna otworzyć. Chodź pomogę Ci w sprzątaniu.

  A co z Nieznajomym? – zapytałem ojca.

 – Nic ino za strażą poszedł… Pewnikiem u naszego starosty o strzydze gadać będzie…

 – Strzydze ? Czy to był…

 – Tak, dyć znaku jego nie widziałeś? – zdziwił się karczmarz i splunął – tfu, mutancie nasienie…

 – A ja też taki będę ! – zakrzyknąłem w przypływie afektacji.

 – I ja ! Ja też ! – skwapliwie dodał mój przyjaciel.

 – Głupiście! – śmiechem skwitował to mój brat – oni przez całe lata przez mistrzów są szkoleni, eliksirami różnymi truci, z emocji wyprani… Nigdy tak silni i szybcy nie będziecie. Lepiej wybijcie to sobie z głowy. No już … do roboty dzieciaki…

 – A przekonasz się… – głucho odpowiedział mu Nekaah – nikt nam nie dorówna… Nawet ten, który tutaj był. A starosta nas prosić będą, coby strzygę oduroczyć! Zobaczysz!

 – Tak będzie ! – dodałem twardo i uroczyście. Nie zrobiło to jednak na nikim wrażenia a wręcz przeciwnie – spowodowało ogólną wesołość. Gdy dumni i obrażeni wychodziliśmy z wiadrami po wodę oni ciągle się jeszcze śmiali.

 **

Wchodząc w mrok stodoły natychmiast wyczułem zagrożenie – coś czaiło się za moimi plecami. Zwinąłem się w pół i runąłem w półobrocie na ziemię. Coś przeleciało mi nad głowa, musnęło ramię i uderzyło obok mnie w ziemię – a ten który się na mnie zamachnął stracił na chwilę równowagę. Wykorzystałem ją na zerwanie się z klepiska i dobycie miecza. Jego ostrze skierowałem w stronę majaczącej przede mną sylwetki…

 Hehehe… –roześmiała się postać – tym razem udało Ci się… punkt dla Ciebie !

 Hehehe… – ja też miałem dobry nastrój – następnym razem również nic nie zdziałasz…

 Schowałem swój miecz z kawałka wymodelowanego drewna a mój przyjaciel schylił się i podniósł leżący na ziemi wiecheć słomy, którym mnie zaatakował. Rzucał go właśnie na stos pozostałych, gdy w drzwiach pojawił się mój ojciec. Obrzucił mnie wzrokiem i dostrzegł resztki słomy i ziemi w moim ubraniu i włosach.

 – No utrapienie z nimi! Znowu, żeście się szarpali… Już wam mówiłem: nie po to żem was rachunków uczył, żebyście wojakami byli… Garnki z piwnicy wyczyścić trzeba… Chyżo… Czas pili…

 Zmarkotnieliśmy – też coś, żeby robić babską robotę? Ale ojciec miał ciężką rękę i sprzeciwu nie znosił. Robiłem więc to co musiałem, a Nekaah jak zwykle mi pomagał. Jego ojciec po śmierci matki zapijał się nieustannie… Gorzała mu tylko w głowie była – o Nekaaha baczenia żadnego nie miał… A że od lat się przyjaźniliśmy – przez naszą rodzinę przygarnięty został. Choć bogacze my nie byli to biedy też nie zaznawaliśmy. W dodatku od roboty mnie nie odciągał, a wręcz przeciwnie – był bardzo uczynny, to i nikt z rodziny przeciwko niemu nic nie miał… Robiąc zaś we dwójkę, szybciej konieczna robota schodziła i czasu na zabawy więcej mieliśmy. A najchętniej w szermierkę się bawiliśmy – szczególnie po ostatniej bójce w karczmie. Dziś jednak były generalne porządki w piwnicy i wiedzieliśmy, że zajmie nam to cały dzień. Przebiegliśmy szybko obok ojca i zbiegliśmy do piwnicy. Wzięliśmy stamtąd dzbany i wyszliśmy na tylne podwórzu karczmy, żeby lepiej widzieć, czy dzbany są już czyste.

 Gdzieś w południe zawitali do nas nasi koledzy.

 – Słyszeliście ? – zapytała Oluchna.

 – Co miałbym słyszeć ? – odszczeknąłem. Byłem zły za to ich przekomarzanie się. Siedzieliśmy już i tak zdenerwowani monotonnym polerowaniem a tu przychodzi taka i pyta się czy „słyszeliśmy” – ani chybi coś ciekawego nam ucieknie.

 – Co mieliśmy słyszeć – zapytał Nekaah także zirytowany znaczącym milczeniem przybyłych.

 A oni popatrzyli po sobie zadowoleni tym, że wiedzą więcej od nas, aż w końcu skinęli przyzwalająco dziewczynie.

 – Strzygę królewską odczarowywać będą. Ten straszny przybłęda, który tydzień temu trzech ludzi ukatrupił podjął się tego zadania.

  – Moja babcia mówi, że to dobrze… Przynajmniej strzyga obcym się posili i trochę spokoju będzie – dodał Kmeth, który był z nas najmłodszy i najmniej rozgarnięty – miał tylko 8 lat.

 – Nieprawda! – zerwałem się oburzony – On pokona strzygę, widziałem jak walczy… Mogę się o to założyć… o co chcecie !

 – Tak ? – zza pleców doszedł mnie kpiarski głos mojego brata. – A wczoraj twierdziliście, że to wy odczarujecie strzygę… – jak zwykle wiedział którędy zajść mi za skórę. Odwróciłem się z zaciśniętymi w irytacji ustami obmyślając ciętą ripostę, ale on śmiejąc się wrócił do swoich zajęć. Z zamyślenia wyrwał mnie głos Nekaaha.

 – No to jak? Zakładacie się?

 – O co?

 – O życzenie?

 – Dobrze, o życzenie …zakład stoi… – szczepiliśmy wszyscy razem ręce aby przypieczętować umowę, tylko Oluchna jeszcze się wahała.

 – Ale można odmówić… Tak ? – upewniała się.

 – Można – potwierdziliśmy ze zniechęceniem. Nie dało się ukryć, że najbardziej zależało nam na życzeniu wobec Oluchny – reszta nie miała atutów, które by nas specjalnie interesowały.

 Zakład został przypieczętowany.

 – Oj dzieciaki, dzieciaki – znowu wtrącił się mój brat tak pobłażliwym głosem, że tym razem skonfundował nas wszystkich – do roboty byście się lepiej wzięli … ociec czekają. Właśnie! Nie lenić się. A wy idźta już i nie przeszkadzajcie im… sio… – i popędził delikatnie naszych przyjaciół. Nie pozostało nam nic innego jak wziąć się ostro do pracy.

 W pewnym momencie mój druh rozejrzał się uważnie na wszystkie strony i szepnął:

 – Mam pomysł … możemy pójść dzisiaj do krypty i… – uśmiechnął się znacząco. Znaliśmy się tak dobrze, że rozumieliśmy się bez słów. Ja też się uśmiechnąłem do swoich myśli.

 – Tak właśnie zrobimy… Jeśli wygra będziemy tego świadkami i będzie, co opowiadać, jeśli trzeba będzie pomożemy mu, a jeśli zginie to my ją oduroczymy. Czy wiesz, jacy bylibyśmy wtedy sławni?

 – Właśnie – rozmarzył się Nekaah – ale twojemu bratu zrzedłaby mina.

 – Na Boga ! – zakrzyknąłem, gdyż sobie coś uświadomiłem – przecież wtedy dostalibyśmy też rękę królewny ! Ona jest w naszym wieku! – myśl ta tak mnie rozogniła, że nie myślałem zbyt logicznie… Wstałem i zacząłem kręcić się nerwowo rozmyślając o tym jakby to było mieć królestwo.

 – No tak ! Tylko, że królewna jest jedna, a nas dwoje … – Nekaah sprowadził mnie na ziemię – zresztą… jak chcesz to sobie ją bierz…

 – O nie… to Ty ją sobie bierz …

 – Nie, Ty…

Roześmieliśmy się. Jakoś nikomu z nas nie uśmiechała się perspektywa ślubu z potworem znanym nam z opowieści. Ale decyzja już zapadła. Pozostało nam tylko przygotować szczegóły. Z cichym wyjściem w nocy nie było żadnego problemy. Często wychodziliśmy spać do zagrody, dlatego nikogo nie zdziwiło, gdy oświadczyliśmy, że dzisiejszej nocy będziemy spać poza domem. Bogaci o mądrości ludowe nie tylko najedliśmy się czosnku, ale także cali się nim wysmarowaliśmy – miało to nas chronić przed ewentualnym atakiem strzygi… Ach jakże byliśmy wtedy naiwni. Naszą bronią były drewniane miecze oraz twarde, długie i wygładzone kije nabite różnymi kawałkami żelaza i choć nie było to srebro, mieliśmy nadzieję, że będą skuteczne.

W zasadzie tylko one mogły zostać uznane, za jakąkolwiek broń.

W naszych planach było dotarcie do pałacu przed północą a musieliśmy przebyć długą drogę wokół murów, gdyż od miasta oddzielał go pas opuszczonej ziemi. Po ciemku trudno go było pokonać. Aby dostać się do środka chcieliśmy skorzystać z tajnego wejścia od strony jeziora, które odkryliśmy włócząc się pewnego lata po tamtej okolicy.

 Wyruszyliśmy jak tylko się ściemniło.

 Szliśmy beztrosko i śmiało nie zdając sobie sprawy z niebezpieczeństwa, które na nas czekało ani z doniosłości tej nocy dla naszej osady…

 Nocy, o której bardowie śpiewać będą, że zwracając córkę króla dwójkę dzieci zabrała…

 ***

 Szliśmy spokojnie wzdłuż brzegu jeziora, w półmroku subtelnie rozświetlanym przez Księżyc, gdy w pewnym momencie odczuliśmy przykry niepokój – ten sam, gdy czujemy, że ktoś się czai za naszymi plecami, albo że ktoś nas obserwuje.

 Zatrzymaliśmy się i rozglądnęliśmy. Nigdzie nie było żywego ducha.

 – Czujesz to co ja?

 – Chyba tak…

 – Jak myślisz ?

 – Hmm… to chyba wyobraźnia płata nam figle. Trzeba się zebrać i iść dalej.

 – Chyba masz rację, chodźmy…

Wkrótce doszliśmy do krótkiej skalnej skarpy wcinającej się do jeziora. To tutaj, sprytnie ukryte pod powierzchnią wody, znajdowało się wejście do tajnego korytarza prowadzącego do zamku.

Wejście to maskowały martwe gałęzie zatopione w wodzie. Najpierw, więc trzeba było je odgarnąć, a potem wystarczyło tylko chwycić się ręką za cienkie zwieńczenie wylotu tunelu, potem pochylić się, zanurzyć i przerzucić ciało na drugą stronę kamiennej ścianki i wyprostować. Nawet nie trzeba było umieć pływać, gdyż woda sięgała do brody, a otwór był pod wodą tylko na jeden łokieć.

Zrobiliśmy tak jak zwykle: ja sięgałem po gałęzie i rzucałem je za siebie, a Nekaah odkładał je na brzeg w taki sposób, żeby wyglądały naturalnie i nie wzbudzały niczyich podejrzeń, gdyby ktoś przypadkiem tędy przechodził.

Rozpoczęliśmy pracę jednak poczucie, że ktoś nas obserwuje zamiast osłabnąć stawało się coraz stawało się coraz bardziej natarczywe. Rozglądaliśmy się, więc wokół nerwowo, lecz nic groźnego nie dostrzegaliśmy.

Odrzucałem właśnie kolejną gałąź, gdy zdałem sobie sprawę, że coś jest nie tak. Odwróciłem się gwałtownie za siebie i … zamarłem z przerażenia.

Nekaah leżał przy brzegu i szarpał się w wodzie przyciśnięty przez jakąś kobiecą postać, której ręce zaciskały się na jego ustach i szyi. W dodatku oplatały go jakieś ruchome, oślizłe macki.

Dziwożony! Zaatakowały nas dziwożony !

Trzy…

Druga szła jej w sukurs a trzecia była już tuż przy mnie. Tylko rzucanym za siebie gałęziom zawdzięczałem to, że mnie jeszcze nie dosięgła.

Rzuciłem się do brzegu, a ona ruszyła za mną. Słyszałem jak szamocze się z gałęziami. Wybiegłem na suchy ląd. Nigdy nie spotkałem żadnej świtezianki, jednak dużo się o nich nasłuchałem podczas zimowych wieczorów – wiedziałem, że na brzegu nie miałyby żadnych szans, gdyż zamiast nóg miały elastyczne macki. Byłem, więc bezpieczny jednak Nekaah ciągle był duszony przez Świteziankę, która ciągnęła go w otchłań wody.

Strach zjeżył mi włosy na głowie, serce zabiło w szaleńczym rytmie – nie miałem czasu! Chwyciłem swój pozostawiony na brzegu drąg i z dzikim wrzaskiem rzuciłem się na odsiecz Nekaahowi. W wyskoku uderzyłem bokiem ciała w dziwożonę duszącą przyjaciela, a drugiej w locie wymierzyłem siarczysty cios drągiem. Moja akcja powiodła się. Jedna z nich, uderzona kijem odskoczyła w tył, a drugą rozpędem zmiotłem z Nekaaha i wcisnąłem pod wodę. Przekręciłem się natychmiast i uderzyłem w wijące się pode mną ciało. Kątem oka widziałem jak Nekaah przekręcił się na brzuch i krztusząc się na czworakach wychodził z wody. W jego kierunku płynęła trzecia dziwożona chcąc uniemożliwić mu wyjście na brzeg. Zastąpiłem jej drogę i zamachnąłem się… W tym momencie dokładnie dostrzegłem jej twarz i sylwetkę… Miałem przed sobą śliczną dziewczynę o anielskich rysach i kuszących piersiach… Zawahałem się… i to mnie zgubiło… Ona nie miała oporów – macką podcięła mi nogi i runąłem plecami do wody. Natychmiast się obróciłem na brzuch i próbując wyrwać nogę z uchwytu jej macki zmierzałem do zbawiennego brzegu, na który dotarł już Nekaah. Wskoczyła mi na plecy, jej ciężar docisnął mnie do dna, jej ręka zacisnęła na moim gardle, a jej macki błądziły po moim ciele – rozpinając mi ubranie!!! Dotyk jej ciała zaskoczył mnie… był szalenie miły… nawet więcej niż miły… skóra była ciepła i miękka jak jedwab. Na swoich plecach rozkosznie odczuwałem jędrność jej piersi, a macki zniewalająco poruszały się po moim ciele…Doznałem odczuć, których jeszcze nigdy nie doświadczyłem i pomimo, że się powoli dusiłem, straciłem chęć do obrony… Czułem fale rozkoszy, które idąc śladem ruchów jej ramion rozchodziły się po moim ciele. I choć jeszcze uderzałem bezwładnie rękami był to już raczej wyraz błogostanu, w jakim się znalazłem niż walki. Na szczęście w tym momencie zaatakował Nekaah i zrzucił ją ze mnie. Jego wrzask przywrócił mi rozsądek. Z trudem złapałem powietrze i tym razem ja krztusząc się ruszyłem do brzegu. Jednak próżne były moje wysiłki. Dwie pozostałe dziwożony otrząsnęły się już po moim natarciu i znowu nas zaatakowały. Próbowałem się podnieść, ale zaplątałem się w mokre i porozpinane ubranie… Ponownie zostaliśmy przez nie przygnieceni. Tym razem mój umysł – w przeciwieństwie do ciała – nie poddał się ich zabiegom. Przed moimi oczami pojawili się moi bliscy. Co oni zrobią? Nigdy nie dowiedzą się, co się stało….Zrobiło mi się żal i ich i siebie… W miarę utraty tchu moja złość przeradzała się w zwierzęcy strach. Dusiłem się i czułem, że wkrótce umrę. Nagle, gdy już prawie traciłem przytomność nacisk ustał. Uniosłem głowę i nabrałem hausty powietrza. W pierwszej chwili myślałem, że to Nekaah mi pomógł, ale wkrótce zobaczyłem, że on też leży w wodzie i z trudem łapie oddech. Nie czekaliśmy. Zerwaliśmy się i na bezdechu runęliśmy do brzegu. Tam padliśmy i ciężko dysząc odwróciliśmy się w stronę jeziora. W wodzie naprzeciw siebie w napięciu stały trzy postacie: człowiek z mieczem w ręku, w którym od razu rozpoznaliśmy elfa oraz dwie dziwożony. Trzecia bezwładnie unosiła się na powierzchni wody, a wokół niej ciemniała woda zabarwiając się krwią z rany po ciosie zadanym mieczem.

Elf zaczął wycofywać się tyłem do brzegu, lecz dziwożonom udało się skutecznie go zaatakować. Jedna z nich podcięła mu macką nogi, bo przewrócił się na plecy a macki drugiej wybiły mu z ręki miecz, który szybując łukiem wbił się na sztorc w dno. Po chwili elf zniknął pod ich ciałami.

Patrzyliśmy na to w przerażeniu…

Uciekać ! Uciekać! Uciekać! – instynkt wskazywał najlepsze dla nas wyjście.

Walczyć?

O co ? Przecież to tylko elf… – rozum dorabiał ideologię.

Paraliżował nas strach przed ich siłą, lęk przed śmiercią… gdyż po raz pierwszy w życiu zdaliśmy sobie sprawę, że nie jesteśmy nieśmiertelni.

Spojrzeliśmy po sobie … w swoje oczy… i w tej jednej chwili przełamaliśmy się przechodząc drogę od beztroskiego dzieciństwa do dorosłości.

– Ty bierz miecz – powiedział Nekaah i ruszył prosto na dziwożony duszące elfa.

W biegu chwycił leżący w wodzie drąg a ja rzuciłem się w bok po miecz. Jego ciężar zaskoczył mnie, ale strach dodał mi sił. Odwróciłem się. Nekaah już był przy dziwożonach i siekał po nich na oślep, bił jak cepem, w szale – po mackach, rękach, tułowiu. Zasłaniając się przed nim puściły elfa. Podbiegłem do nich. Jedna z Świtezianek odwróciła się w moją stronę…. znowu dojrzałem anielską twarz i kuszącą pozę – tym razem jednak nie zawahałem się i z rozpędem wbiłem w nią miecz. W jej oczach pojawił się taki wyrzut, że zamarłem oszołomiony. Cofnęła się z wystającą spomiędzy piersi klingą i powoli osunęła się w wodę. Nagle czyjaś ręka – ludzka ręka – chwyciwszy za tą klingę, wyszarpnęła miecz z ciała i szerokim łukiem cięła przez trzecią świteziankę ścinając jej głowę. Zapanowała cisza…

Cisza, która wydała się nam po szaleństwie walki i nieustannym chlupocie wody czymś zupełnie nienaturalnym.

Ja i Nekaah, z mieczem w ręku, staliśmy bez ruchu w wodzie mieszającej się z posoką. Wokół nas pływały trzy ciała, a nasze umysły starały się uporządkować to, co się stało.

Ocucił nas głos elfa…

– Ej ! wy tam ! Zamierzacie stać tak aż do rana?

Odwróciliśmy się i ruszyliśmy do brzegu. Elf siedział na ziemi i czekał na nas. Gdy podeszliśmy, podniósł się i przedstawił.

– Jestem Aerlinhee aeps Aerkuth… A wy?

– Nekaah z Bisinee

– A ja Arni z Bisinee – przedstawiłem się.

– Czy mogę odzyskać swój miecz?

Nekaah popatrzył na swoją rękę i miecz jakby był zdziwiony, że trzyma ona coś takiego…

– Oczywiście, proszę.

Aerlinhee, ujął miecz, wyciągnął szmatkę i zaczął go czyścić.

Wtedy usłyszeliśmy śpiew niosący od wody. Zwróciliśmy głowy w kierunku głosu i zobaczyliśmy kilka świtezianek podpływających do miejsca walki.

Jedna z nich unosząc się w miejscu na wodzie przepięknym melodyjnym głosem śpiewała

Śpi tu piękna Neera. Przyjdź, wietrzyku chłodny, 
Przyjdź wietrzyku i czyń jej sen wdzięczny, łagodny.
Pozwalam ci i włosy obwionąć na czele,
Pozwalam, ach, niestetyż ! ty i w ucho śmiele
Możesz poszemrać, możesz i wargę całować,
A ja, nieborak, muszę przyjaźni folgować.
Lekko, owieczki moje, lekko następujcie !
Śpi tu piękna Neera: spania jej nie psujcie!
[1] „

[1] Szymon Szymonowicz „Zalotnicy” – urywek

Staliśmy oczarowani śpiewem, a świtezianki zabrawszy ciała swoich pobratymek zniknęły w odmętach jeziora. Ich pieśń też dobiegła końca. Wkrótce nie było już śladu po niedawnej walce.

Elf dokończył misterium czyszczenia miecza i wsunął go do pochwy.

Dopiero wtedy zauważyliśmy, jak komicznie wygląda z porozpinanymi guzikami i rozchełstanym ubraniem. Zresztą i my przedstawialiśmy podobny widok. Wybuchnęliśmy gromkim, histerycznym i długim śmiechem. W ten sposób odreagowywaliśmy grozę, którą niedawno przeżyliśmy.

Wkrótce zmęczeni walką i wyczerpującymi spazmami śmiechu usiedliśmy na murawie, a Aerlinhee poczęstował nas swoimi podpłomykami i lekkim winem.

Siedzieliśmy i jedliśmy w milczeniu, słychać było tylko nasze mlaskanie. Każdy z nas ponownie przeżywał niedawną walkę. Uświadomiłem sobie, że mogłem tego nie przeżyć i strach zassał mi żołądek a ręce rozdygotały się jak w malarii. Nie mogłem utrzymać kubka, musiałem go postawić. Zauważyłem, że Nekaah przeżywał to samo. Tylko elf spokojnie popijał swoje wino.

 – To była wasza pierwsza walka?

– yhy – odparłem z pełnymi ustami. Przypomniałem sobie oczy umierającej świtezianki, wzdrygnąłem się i zmarkotniałem – czy ten widok będzie mnie prześladował do końca życia?

– Nie tak łatwo się zabija… co?

– Tak… – pokiwałem głową – inaczej to sobie wyobrażaliśmy. Tak romantycznie…

– Heh… – parsknął Aerlinhee – „romantycznie”… To nigdy nie jest romantyczne, tylko w balladach to potem ładnie wygląda: bez bólu, cierpienia i strachu, bez znoju i wyrzeczeń, krwi i smrodu…

– No dobra już dobra… – musiał dostrzec co się dzieje w mojej duszy – To nie Wasza wina! Wy się tylko broniliście. Musieliście je zabić inaczej one zabiłyby was. Taka jest natura dziwożon, że kuszą ciałem i rozkoszami ale nie można im nikogo atakować. One o tym dobrze wiedzą. Mogły sobie żyć spokojnie w głębinach jeziora. Skoro wyszły raz zabić, robiłyby to częściej…. A może nawet już to robiły. Zapewne uratowaliście niejedno życie – tak właśnie powinniście myśleć…

– Nawet ci nie podziękowaliśmy za jego uratowanie – przypomniałem sobie.

Elf machnął ręką:

– Ech… jesteśmy kwita, wy też mnie ocaliliście.

– No tak, ale to przez nas wpadłeś w kłopoty. – zaprotestował Nekaah.

– Może i tak, ale ja jako wojownikiem nie mogłem nie zareagować na wasze krzyki…

– A wy jesteście … – zamilkł na chwilę i poprawił się – …byliście dziećmi… No, ale co wy w ogóle robicie nad tym jeziorem o tej porze? Nie powinniście siedzieć w domu?

– Eee… – zająknąłem się i dokończyłem cicho – chcieliśmy pomóc w odczarowywaniu królewskiej córki, strzygi…

– Co?!?! – Aerlinhee o mało się nie zakrztusił – Nie mielibyście żadnych szans!

-Teraz już to wiemy – zgodził się smętnie Nekaah – ale wcześniej inaczej nam się wydawało. Głupio myśleliśmy, że marząc, iż jesteśmy niepokonani takimi właśnie jesteśmy.

– No już wiemy, że to głupie myślenie… ale wtedy ... – dodałem

– Właśnie! Twój brat maił rację – Nekaah zwrócił się do mnie – że to można osiągnąć tylko dużo trenując i pijąc specjalne eliksiry… albo używając magii… My jesteśmy bez szans…

– Ano miał – powiedziałem ze smętną miną.

Elf przyglądał nam się z zainteresowaniem. Przez pewien czas panowała cisza…

– Nie tylko… – powiedział tajemniczo – jest jeszcze jedna droga… droga, o której wy ludzie jeszcze nie macie pojęcia. Ba! nawet wśród nas elfów jest niewielu, którzy o niej wiedzą…

Popatrzyliśmy na niego zdumieni

– O czym mówisz? – zapytaliśmy chórkiem.

– Mówię o heapnothyss – jest to droga do harmonii – harmonii duszy i ciała osiąganego przez wyciszenie, medytacje i opanowanie reakcji ciała.

– Zdradzisz nam tą tajemnicę ? – zapytałem z nadzieją w głosie

– To zależy – uśmiechnął się – wkrótce przekonam się czy jesteście tego warci…

Elf podniósł się i ociężale wdrapał się na konia:

– No to jak ? Idziecie ze mną ?

Popatrzyliśmy z Nekaah’em na siebie …

A dokąd ?

– Jadę na pewną polanę w tym tutaj lesie. Muszą tam coś odkopać – myślę, że moglibyście mi pomóc. Potem opowiem wam o heapnothyss – oczywiście jeśli chcecie.

– Ależ chcemy !– zakrzyknęliśmy wspólnie – Idziemy.

Ruszyliśmy wzdłuż brzegu jeziora w kierunku lasu. Zupełnie zapomnieliśmy o strzydze i tunelu. Gdy dotarliśmy do pierwszych drzew zostawiliśmy przy jednym z nich konia, ściągnęliśmy z niego kulbakę i wziąwszy ją na plecy weszliśmy w gęsty bór. Mimo bezchmurnego nieba otaczały nas ciemności gdyż cały blask księżyca pochłaniały korony drzew. Gdyby nie latarnia niesiona przez elfa, co chwilę potykalibyśmy się o wystające korzenie i leżące wszędzie gałęzie. I bez tego szło nam się bardzo ciężko, nie mówiąc już o tym, że cały czas miałem wrażenie, że kręcimy się w kółko. Na szczęście elf miał chyba szósty zmysł, bo trafiliśmy tam gdzie zmierzaliśmy.

– Jesteśmy na miejscu – powiedział w pewnej chwili Aerlinhee i wyszliśmy na polanę, znajdującą się wewnątrz dolinki otoczonej czterema wzgórzami. Miejsce to było nam znane gdyż czasem przychodziliśmy tutaj w poszukiwaniu jagód i grzybów.

– Polana jak polana cóż jest w niej takiego niezwykłego? – zapytałem choć miałem wrażenie, że po moich plecach, wbrew mojej woli, chodzą ciarki. Widziałem, że Nekaahem dzieje się to samo. Musiało, więc być tutaj coś niesamowitego.

Dlaczego wcześniej tego nie odczuwaliśmy?

– A jednak nie jest to zwykła polana – prychnął elf – patrzycie na te górki, a nic nie widzicie. Czy nigdy nie zastanowiło was, że są one takie same i tak idealnie rozmieszczone wg stron świata?

 Rzeczywiście!

Dopiero jak nam o tym powiedział uzmysłowiliśmy sobie, że nigdy tego nie dostrzegaliśmy. Zastanawiam się ile jest jeszcze rzeczy pozornie oczywistych, których sens nam umyka?

– Ale to jeszcze nic – kontynuował elf – ta polana to miejsce kumulacji magicznej energii. Uwalniana jest ona tylko jednej nocy raz na kilkadziesiąt lat. Przypada ona właśnie dzisiaj i dlatego tutaj się znalazłem. Czekałem na tę chwilę 35 lat. Gdzieś tutaj, w tej dolince, jest zakopany kamień i dziś jest jedyna chwila, gdy kamień ten da się otworzyć…

– To jak możemy Ci pomóc? – zapytałem – polana jest duża, nie zdążymy jej przekopać przez jedną noc. Gdzież szukać tego kamienia?

– Nie ma pośpiechu… Gdy noc mocą się wypełni promień wskaże nam właściwe miejsce… Usiądźmy więc i poczekajmy.

Tak też zrobiliśmy. Byliśmy wykończeniu. Zmęczenie odebrało nam chęć do wszelkich rozmów tak więc siedzieliśmy w ciszy i nic nie zakłócało potoku moich myśli, które nieustannie wracały do boju jaki stoczyliśmy dzisiejszego wieczoru. Rozmyślałem o wielu sprawach i nagle sobie coś uświadomiłem.

– Zaraz, zaraz! Czekałeś 35 lat !?

– Tak, dokładnie 35 lat.

– I ruszyłeś nam na ratunek? Nam ludziom? Przecież mogłeś stracić dzisiejszą noc i musiałbyś czekać następne 35 lat…

– No nawet więcej – elf uśmiechnął się – okresy jego pojawiania się zmieniają się, co milenium. Obecnie jesteśmy na etapie zwiększania się odstępów czasowych, przez co musiałbym czekać 48 lat.

– To dlaczego nam pomogłeś – bądź co bądź wrogom waszej rasy?

– Bo uważam życie za największe dobro nam nadane – każdej istoty ludzkiej. Czy będzie to elf, czy człowiek, czy krasnal czy też ktokolwiek z innej rasy, każdy z nich ma prawo do życia. Dlatego też dopóki nie nastajecie na moje nie jesteście moimi wrogami… Powinniście sobie zapamiętać, że w każdym narodzie, w każdej rasie większość ludzi chce żyć w pokoju i nie szuka wrogów. Niestety społeczeństwa zbyt często ulegają mitom i prowokacjom garstki szaleńców – potem już trudno powstrzymać spiralę nienawiści, kłamliwych stereotypów i schematów… Pomyślcie ile razy wasi rodzice przestrzegali was przed elfami?

– Cały czas…

– No właśnie… Zapewne robili to w dobrej wierze, choć jeśli chcieli być uczciwi, powinni wam byli powiedzieć, że nie każdy elf jest nieprzyjacielem, że trzeba być ostrożnym, ale bynajmniej nie wrogo nastawionym….

– Ech… Dlatego też dużo wewnętrznej siły i wielu refleksji potrzeba, żeby się z tego wyzwolić. A nie każdy ma taką siłę, ani ochotę na przemyślenia… A jeszcze mniej osób do przeciwstawienia własnej społeczności swojego odmiennego zdania.

– Chyba masz rację – głośno zamyślił się Nekaah i uśmiechnął się ponuro – gdybym miał łuk i spotkał Ciebie na swojej drodze pewnie bym strzelił zanim byś zdążył coś powiedzieć…

– No widzisz .. – elfa rozbawiła bezkompromisowa szczerość Nekaaha – w ten sposób utrwala się nienawiść naszych ras, nawet Ci którzy nie chcą wojny są mimo woli zmuszani do walki…

Nagle polanę rozświetlił promień światła padający z chmur. Wskazał on nam punkt na jednym z pagórków. Podeszliśmy tam i zaczęliśmy rozgarniać ziemię. Wkrótce naszym oczom ukazał się megalityczny regularnie prostopadłościenny kamień. Po godzinie pracy był on już całkowicie odsłonięty. Znajdowały się na nim jakieś nieznane nam pismo.

– Co jest na nim napisane?- zapytałem elfa.

– Nie wiem… – odpowiedział szczerze – to runy rasy, która była na tej ziemi przed nami… Nikt już ich nie wspomina.

– Co?!?! – w zdziwieniu wykrzyknęliśmy jednocześnie – rasa przed waszą?

– Tak… – Wyparliśmy ją tak jak wy dziś wypieracie nas, ale jak już mówiłem tylko niewielu o tym jeszcze pamięta. Reszta chciała zapomnieć i tak się też stało. Pamięć o wcześniejszej rasie zaginęła już tysiące lat temu w naszym elfim społeczeństwie. A szkoda… Wielka szkoda… Bo bardzo chciałbym wiedzieć, co tu jest napisane – przejechał delikatnie po wyżłobionych w kamieniu, pradawnych liniach.

– No dobrze, jak w takim razie otworzyć kamień? – zapytał praktycznie Nekaah.

– Hmm… Nikt tego nie wie… – odparł elf – Przyszedłem tutaj spróbować, jak wielu przede mną, choć żadnemu się to nie udało. Wiem tylko tyle, że trzeba wymówić jakąś formułę. I, że każdy w swoim życiu może ją wymówić tylko raz – jeśli kamień się nie otworzy cały trud pójdzie na marne.

*

Zobaczyłem go idącego pieszo obok konia. Schodził z góry uliczki i wyróżniał się, bo choć nie był stary, włosy miał całkiem białe. Nie przeczuwałem wtedy, że los jeszcze nie raz skrzyżuje nasze ścieżki…

Podszedł do mnie i zapytał:

– Stajenny?

– Nie Panie, jam syn karczmarza, ale wiem jak konia oporządzić…

– Masz tu 10 miedziaków – w powietrzu szerokim łukiem zawirowała moneta, chwyciłem ją pewnie i uśmiechnąłem się do Białowłosego-i daj mu najlepszego owsa jakiego masz … bez ostu !

– Panie, żadnego ostu, klnę się….

Nie odpowiedział i wszedł do naszej karczmy. Rozradowany sowitą zapłatą w podskokach pobiegłem z koniem do stajni. Wprowadziłem go do środka i stwierdziłem, że sam jednak nie dam rady ściągnąć wypchanych juków.

Ech – westchnąłem na głos – mus mi po brata podejść.

Zostawiwszy konia, chyżo wbiegłem do izby i zamarłem… Za przyjezdnym stało dwóch wykolejeńców w groźnej pozie, a trzeci ubliżał mu stojąc u jego boku. Jak nic szykowała się następna awantura… Popatrzyłem na ojca, ale ten – jak zwykle – przezornie udawał, że nic nie zauważa. W jednej chwili wyleciał mi z głowy powód, dla którego tutaj przyszedłem. Z ciekawością obserwowałem zajście. Byłem pewny, że tamci popełniają błąd zaczepiając przyjezdnego. Nie wiem skąd się brało owo przekonanie – czy z pewności, jaka emanowała z jego postaci, czy też z powodu miecza, nietypowo przerzuconego przez plecy, czy też z powodu jego długich, srebrnych włosów mimowolnie budzących szacunek. W każdym razie przeczucie nie zawiodło mnie… Jeden z drągali wytrącił piwo z ręki nieznajomego, chwycił go za pierś…

I się zaczęło…

Wszystko stało się tak szybko, że niewiele z tego zarejestrowałem:

błysk miecza…

bryzgającą krew…

krzyk… gruchot mebli.

Zanim mrugnąłem powiekami tamci leżeli posiekani na podłodze…

Ciszę jaka zapanowała w izbie zakłócił jedynie piskliwy, paniczny krzyk kobiety. Białowłosy oparł się plecami o ścianę i spięty, uważnie rozglądał się po sali. Kręcił przy tym płynnie i majestatycznie mieczem, rozglądając się czujnie wokół. Nikt inny się nie ruszył.

Patrzyłem na niego pełen podziwu – już wiedziałem, kim chciałbym zostać…

Krzyk kobiety zwabił do karczmy strażników. Choć już nie raz bywały tutaj bójki, to jednak widok jatki zaskoczył ich. Dostrzegli winowajcę i chwycili za miecze. Jednakże nie kwapili się do walki. Pomimo liczebnej przewagi widok trzech leżących ciał ostudzał ich zapał. Gdy nieznajomy wyciągnął jeszcze sztylet dowódca straży kazał jednemu ze swoich biec po pomoc, a Białowłosemu drżącym głosem rozkazał rzucić broń. Nie na wiele mu się to zdało… Obcy sięgnął po medalion wiszący na jego piersi i wykonał nim dziwne znaki w powietrzu – błysnęło a ja tracąc nagle wszystkie siły osunąłem się na podłogę…

Ocuciły mnie nieprzyjemne klepnięcia w policzek. Otworzyłem oczy. Nade mną pochylał się mój brat, który wcześniej uderzał mnie bezlitośnie po twarzy. Za nim stał ojciec i mój najlepszy druh Nekaah oboje z widoczną troską w oczach.

– No wstawaj, posprzątać tu trzeba – rzekł twardo ojciec jak tylko zobaczył, że nic mi nie jest – do roboty… a nuże !

Nekaah podał mi dłoń i pomógł mi wstać. Trzy trupy leżały nieruszone. Gdy je zobaczyłem, do mojej świadomości dotarł obrzydliwy smród… Smród krwi i wnętrzności z trzewi wypełniający całe pomieszczenie. Zwymiotowałem. Brat i ojciec z niesmakiem odwrócili głowy, ale nic nie powiedzieli. Tylko Nekaah patrzył na to spokojnie.

– My już rzygaliśmy – powiedział z uśmiechem – chyba trza wszystkie okna otworzyć. Chodź pomogę Ci w sprzątaniu.

A co z Nieznajomym? – zapytałem ojca.

– Nic ino za strażą poszedł… Pewnikiem u naszego starosty o strzydze gadać będzie…

– Strzydze ? Czy to był…

– Tak, dyć znaku jego nie widziałeś? – zdziwił się karczmarz i splunął – tfu, mutancie nasienie…

– A ja też taki będę ! – zakrzyknąłem w przypływie afektacji.

– I ja ! Ja też ! – skwapliwie dodał mój przyjaciel.

– Głupiście! – śmiechem skwitował to mój brat – oni przez całe lata przez mistrzów są szkoleni, eliksirami różnymi truci, z emocji wyprani… Nigdy tak silni i szybcy nie będziecie. Lepiej wybijcie to sobie z głowy. No już … do roboty dzieciaki…

– A przekonasz się… – głucho odpowiedział mu Nekaah – nikt nam nie dorówna… Nawet ten, który tutaj był. A starosta nas prosić będą, coby strzygę oduroczyć! Zobaczysz!

– Tak będzie ! – dodałem twardo i uroczyście. Nie zrobiło to jednak na nikim wrażenia a wręcz przeciwnie – spowodowało ogólną wesołość. Gdy dumni i obrażeni wychodziliśmy z wiadrami po wodę oni ciągle się jeszcze śmiali.

**

Wchodząc w mrok stodoły natychmiast wyczułem zagrożenie – coś czaiło się za moimi plecami. Zwinąłem się w pół i runąłem w półobrocie na ziemię. Coś przeleciało mi nad głowa, musnęło ramię i uderzyło obok mnie w ziemię – a ten który się na mnie zamachnął stracił na chwilę równowagę. Wykorzystałem ją na zerwanie się z klepiska i dobycie miecza. Jego ostrze skierowałem w stronę majaczącej przede mną sylwetki…

Hehehe… –roześmiała się postać – tym razem udało Ci się… punkt dla Ciebie !

Hehehe… – ja też miałem dobry nastrój – następnym razem również nic nie zdziałasz…

Schowałem swój miecz z kawałka wymodelowanego drewna a mój przyjaciel schylił się i podniósł leżący na ziemi wiecheć słomy, którym mnie zaatakował. Rzucał go właśnie na stos pozostałych, gdy w drzwiach pojawił się mój ojciec. Obrzucił mnie wzrokiem i dostrzegł resztki słomy i ziemi w moim ubraniu i włosach.

– No utrapienie z nimi! Znowu, żeście się szarpali… Już wam mówiłem: nie po to żem was rachunków uczył, żebyście wojakami byli… Garnki z piwnicy wyczyścić trzeba… Chyżo… Czas pili…

Zmarkotnieliśmy – też coś, żeby robić babską robotę? Ale ojciec miał ciężką rękę i sprzeciwu nie znosił. Robiłem więc to co musiałem, a Nekaah jak zwykle mi pomagał. Jego ojciec po śmierci matki zapijał się nieustannie… Gorzała mu tylko w głowie była – o Nekaaha baczenia żadnego nie miał… A że od lat się przyjaźniliśmy – przez naszą rodzinę przygarnięty został. Choć bogacze my nie byli to biedy też nie zaznawaliśmy. W dodatku od roboty mnie nie odciągał, a wręcz przeciwnie – był bardzo uczynny, to i nikt z rodziny przeciwko niemu nic nie miał… Robiąc zaś we dwójkę, szybciej konieczna robota schodziła i czasu na zabawy więcej mieliśmy. A najchętniej w szermierkę się bawiliśmy – szczególnie po ostatniej bójce w karczmie. Dziś jednak były generalne porządki w piwnicy i wiedzieliśmy, że zajmie nam to cały dzień. Przebiegliśmy szybko obok ojca i zbiegliśmy do piwnicy. Wzięliśmy stamtąd dzbany i wyszliśmy na tylne podwórzu karczmy, żeby lepiej widzieć, czy dzbany są już czyste.

Gdzieś w południe zawitali do nas nasi koledzy.

– Słyszeliście ? – zapytała Oluchna.

– Co miałbym słyszeć ? – odszczeknąłem. Byłem zły za to ich przekomarzanie się. Siedzieliśmy już i tak zdenerwowani monotonnym polerowaniem a tu przychodzi taka i pyta się czy „słyszeliśmy” – ani chybi coś ciekawego nam ucieknie.

– Co mieliśmy słyszeć – zapytał Nekaah także zirytowany znaczącym milczeniem przybyłych.

A oni popatrzyli po sobie zadowoleni tym, że wiedzą więcej od nas, aż w końcu skinęli przyzwalająco dziewczynie.

– Strzygę królewską odczarowywać będą. Ten straszny przybłęda, który tydzień temu trzech ludzi ukatrupił podjął się tego zadania.

– Moja babcia mówi, że to dobrze… Przynajmniej strzyga obcym się posili i trochę spokoju będzie – dodał Kmeth, który był z nas najmłodszy i najmniej rozgarnięty – miał tylko 8 lat.

– Nieprawda! – zerwałem się oburzony – On pokona strzygę, widziałem jak walczy… Mogę się o to założyć… o co chcecie !

– Tak ? – zza pleców doszedł mnie kpiarski głos mojego brata. – A wczoraj twierdziliście, że to wy odczarujecie strzygę… – jak zwykle wiedział którędy zajść mi za skórę. Odwróciłem się z zaciśniętymi w irytacji ustami obmyślając ciętą ripostę, ale on śmiejąc się wrócił do swoich zajęć. Z zamyślenia wyrwał mnie głos Nekaaha.

– No to jak? Zakładacie się?

– O co?

– O życzenie?

– Dobrze, o życzenie …zakład stoi… – szczepiliśmy wszyscy razem ręce aby przypieczętować umowę, tylko Oluchna jeszcze się wahała.

– Ale można odmówić… Tak ? – upewniała się.

– Można – potwierdziliśmy ze zniechęceniem. Nie dało się ukryć, że najbardziej zależało nam na życzeniu wobec Oluchny – reszta nie miała atutów, które by nas specjalnie interesowały.

Zakład został przypieczętowany.

– Oj dzieciaki, dzieciaki – znowu wtrącił się mój brat tak pobłażliwym głosem, że tym razem skonfundował nas wszystkich – do roboty byście się lepiej wzięli … ociec czekają. Właśnie! Nie lenić się. A wy idźta już i nie przeszkadzajcie im… sio… – i popędził delikatnie naszych przyjaciół. Nie pozostało nam nic innego jak wziąć się ostro do pracy.

W pewnym momencie mój druh rozejrzał się uważnie na wszystkie strony i szepnął:

– Mam pomysł … możemy pójść dzisiaj do krypty i… – uśmiechnął się znacząco. Znaliśmy się tak dobrze, że rozumieliśmy się bez słów. Ja też się uśmiechnąłem do swoich myśli.

– Tak właśnie zrobimy… Jeśli wygra będziemy tego świadkami i będzie, co opowiadać, jeśli trzeba będzie pomożemy mu, a jeśli zginie to my ją oduroczymy. Czy wiesz, jacy bylibyśmy wtedy sławni?

– Właśnie – rozmarzył się Nekaah – ale twojemu bratu zrzedłaby mina.

– Na Boga ! – zakrzyknąłem, gdyż sobie coś uświadomiłem – przecież wtedy dostalibyśmy też rękę królewny ! Ona jest w naszym wieku! – myśl ta tak mnie rozogniła, że nie myślałem zbyt logicznie… Wstałem i zacząłem kręcić się nerwowo rozmyślając o tym jakby to było mieć królestwo.

– No tak ! Tylko, że królewna jest jedna, a nas dwoje … – Nekaah sprowadził mnie na ziemię – zresztą… jak chcesz to sobie ją bierz…

– O nie… to Ty ją sobie bierz …

– Nie, Ty…

Roześmieliśmy się. Jakoś nikomu z nas nie uśmiechała się perspektywa ślubu z potworem znanym nam z opowieści. Ale decyzja już zapadła. Pozostało nam tylko przygotować szczegóły. Z cichym wyjściem w nocy nie było żadnego problemy. Często wychodziliśmy spać do zagrody, dlatego nikogo nie zdziwiło, gdy oświadczyliśmy, że dzisiejszej nocy będziemy spać poza domem. Bogaci o mądrości ludowe nie tylko najedliśmy się czosnku, ale także cali się nim wysmarowaliśmy – miało to nas chronić przed ewentualnym atakiem strzygi… Ach jakże byliśmy wtedy naiwni. Naszą bronią były drewniane miecze oraz twarde, długie i wygładzone kije nabite różnymi kawałkami żelaza i choć nie było to srebro, mieliśmy nadzieję, że będą skuteczne.

W zasadzie tylko one mogły zostać uznane, za jakąkolwiek broń.

W naszych planach było dotarcie do pałacu przed północą a musieliśmy przebyć długą drogę wokół murów, gdyż od miasta oddzielał go pas opuszczonej ziemi. Po ciemku trudno go było pokonać. Aby dostać się do środka chcieliśmy skorzystać z tajnego wejścia od strony jeziora, które odkryliśmy włócząc się pewnego lata po tamtej okolicy.

Wyruszyliśmy jak tylko się ściemniło.

Szliśmy beztrosko i śmiało nie zdając sobie sprawy z niebezpieczeństwa, które na nas czekało ani z doniosłości tej nocy dla naszej osady…

Nocy, o której bardowie śpiewać będą, że zwracając córkę króla dwójkę dzieci zabrała…

***

Szliśmy spokojnie wzdłuż brzegu jeziora, w półmroku subtelnie rozświetlanym przez Księżyc, gdy w pewnym momencie odczuliśmy przykry niepokój – ten sam, gdy czujemy, że ktoś się czai za naszymi plecami, albo że ktoś nas obserwuje.

Zatrzymaliśmy się i rozglądnęliśmy. Nigdzie nie było żywego ducha.

– Czujesz to co ja?

– Chyba tak…

– Jak myślisz ?

– Hmm… to chyba wyobraźnia płata nam figle. Trzeba się zebrać i iść dalej.

– Chyba masz rację, chodźmy…

Wkrótce doszliśmy do krótkiej skalnej skarpy wcinającej się do jeziora. To tutaj, sprytnie ukryte pod powierzchnią wody, znajdowało się wejście do tajnego korytarza prowadzącego do zamku.

Wejście to maskowały martwe gałęzie zatopione w wodzie. Najpierw, więc trzeba było je odgarnąć, a potem wystarczyło tylko chwycić się ręką za cienkie zwieńczenie wylotu tunelu, potem pochylić się, zanurzyć i przerzucić ciało na drugą stronę kamiennej ścianki i wyprostować. Nawet nie trzeba było umieć pływać, gdyż woda sięgała do brody, a otwór był pod wodą tylko na jeden łokieć.

Zrobiliśmy tak jak zwykle: ja sięgałem po gałęzie i rzucałem je za siebie, a Nekaah odkładał je na brzeg w taki sposób, żeby wyglądały naturalnie i nie wzbudzały niczyich podejrzeń, gdyby ktoś przypadkiem tędy przechodził.

Rozpoczęliśmy pracę jednak poczucie, że ktoś nas obserwuje zamiast osłabnąć stawało się coraz stawało się coraz bardziej natarczywe. Rozglądaliśmy się, więc wokół nerwowo, lecz nic groźnego nie dostrzegaliśmy.

Odrzucałem właśnie kolejną gałąź, gdy zdałem sobie sprawę, że coś jest nie tak. Odwróciłem się gwałtownie za siebie i … zamarłem z przerażenia.

Nekaah leżał przy brzegu i szarpał się w wodzie przyciśnięty przez jakąś kobiecą postać, której ręce zaciskały się na jego ustach i szyi. W dodatku oplatały go jakieś ruchome, oślizłe macki.

Dziwożony! Zaatakowały nas dziwożony !

Trzy…

Druga szła jej w sukurs a trzecia była już tuż przy mnie. Tylko rzucanym za siebie gałęziom zawdzięczałem to, że mnie jeszcze nie dosięgła.

Rzuciłem się do brzegu, a ona ruszyła za mną. Słyszałem jak szamocze się z gałęziami. Wybiegłem na suchy ląd. Nigdy nie spotkałem żadnej świtezianki, jednak dużo się o nich nasłuchałem podczas zimowych wieczorów – wiedziałem, że na brzegu nie miałyby żadnych szans, gdyż zamiast nóg miały elastyczne macki. Byłem, więc bezpieczny jednak Nekaah ciągle był duszony przez Świteziankę, która ciągnęła go w otchłań wody.

Strach zjeżył mi włosy na głowie, serce zabiło w szaleńczym rytmie – nie miałem czasu! Chwyciłem swój pozostawiony na brzegu drąg i z dzikim wrzaskiem rzuciłem się na odsiecz Nekaahowi. W wyskoku uderzyłem bokiem ciała w dziwożonę duszącą przyjaciela, a drugiej w locie wymierzyłem siarczysty cios drągiem. Moja akcja powiodła się. Jedna z nich, uderzona kijem odskoczyła w tył, a drugą rozpędem zmiotłem z Nekaaha i wcisnąłem pod wodę. Przekręciłem się natychmiast i uderzyłem w wijące się pode mną ciało. Kątem oka widziałem jak Nekaah przekręcił się na brzuch i krztusząc się na czworakach wychodził z wody. W jego kierunku płynęła trzecia dziwożona chcąc uniemożliwić mu wyjście na brzeg. Zastąpiłem jej drogę i zamachnąłem się… W tym momencie dokładnie dostrzegłem jej twarz i sylwetkę… Miałem przed sobą śliczną dziewczynę o anielskich rysach i kuszących piersiach… Zawahałem się… i to mnie zgubiło… Ona nie miała oporów – macką podcięła mi nogi i runąłem plecami do wody. Natychmiast się obróciłem na brzuch i próbując wyrwać nogę z uchwytu jej macki zmierzałem do zbawiennego brzegu, na który dotarł już Nekaah. Wskoczyła mi na plecy, jej ciężar docisnął mnie do dna, jej ręka zacisnęła na moim gardle, a jej macki błądziły po moim ciele – rozpinając mi ubranie!!! Dotyk jej ciała zaskoczył mnie… był szalenie miły… nawet więcej niż miły… skóra była ciepła i miękka jak jedwab. Na swoich plecach rozkosznie odczuwałem jędrność jej piersi, a macki zniewalająco poruszały się po moim ciele…Doznałem odczuć, których jeszcze nigdy nie doświadczyłem i pomimo, że się powoli dusiłem, straciłem chęć do obrony… Czułem fale rozkoszy, które idąc śladem ruchów jej ramion rozchodziły się po moim ciele. I choć jeszcze uderzałem bezwładnie rękami był to już raczej wyraz błogostanu, w jakim się znalazłem niż walki. Na szczęście w tym momencie zaatakował Nekaah i zrzucił ją ze mnie. Jego wrzask przywrócił mi rozsądek. Z trudem złapałem powietrze i tym razem ja krztusząc się ruszyłem do brzegu. Jednak próżne były moje wysiłki. Dwie pozostałe dziwożony otrząsnęły się już po moim natarciu i znowu nas zaatakowały. Próbowałem się podnieść, ale zaplątałem się w mokre i porozpinane ubranie… Ponownie zostaliśmy przez nie przygnieceni. Tym razem mój umysł – w przeciwieństwie do ciała – nie poddał się ich zabiegom. Przed moimi oczami pojawili się moi bliscy. Co oni zrobią? Nigdy nie dowiedzą się, co się stało….Zrobiło mi się żal i ich i siebie… W miarę utraty tchu moja złość przeradzała się w zwierzęcy strach. Dusiłem się i czułem, że wkrótce umrę. Nagle, gdy już prawie traciłem przytomność nacisk ustał. Uniosłem głowę i nabrałem hausty powietrza. W pierwszej chwili myślałem, że to Nekaah mi pomógł, ale wkrótce zobaczyłem, że on też leży w wodzie i z trudem łapie oddech. Nie czekaliśmy. Zerwaliśmy się i na bezdechu runęliśmy do brzegu. Tam padliśmy i ciężko dysząc odwróciliśmy się w stronę jeziora. W wodzie naprzeciw siebie w napięciu stały trzy postacie: człowiek z mieczem w ręku, w którym od razu rozpoznaliśmy elfa oraz dwie dziwożony. Trzecia bezwładnie unosiła się na powierzchni wody, a wokół niej ciemniała woda zabarwiając się krwią z rany po ciosie zadanym mieczem.

Elf zaczął wycofywać się tyłem do brzegu, lecz dziwożonom udało się skutecznie go zaatakować. Jedna z nich podcięła mu macką nogi, bo przewrócił się na plecy a macki drugiej wybiły mu z ręki miecz, który szybując łukiem wbił się na sztorc w dno. Po chwili elf zniknął pod ich ciałami.

Patrzyliśmy na to w przerażeniu…

Uciekać ! Uciekać! Uciekać! – instynkt wskazywał najlepsze dla nas wyjście.

Walczyć?

O co ? Przecież to tylko elf… – rozum dorabiał ideologię.

Paraliżował nas strach przed ich siłą, lęk przed śmiercią… gdyż po raz pierwszy w życiu zdaliśmy sobie sprawę, że nie jesteśmy nieśmiertelni.

Spojrzeliśmy po sobie … w swoje oczy… i w tej jednej chwili przełamaliśmy się przechodząc drogę od beztroskiego dzieciństwa do dorosłości.

– Ty bierz miecz – powiedział Nekaah i ruszył prosto na dziwożony duszące elfa.

W biegu chwycił leżący w wodzie drąg a ja rzuciłem się w bok po miecz. Jego ciężar zaskoczył mnie, ale strach dodał mi sił. Odwróciłem się. Nekaah już był przy dziwożonach i siekał po nich na oślep, bił jak cepem, w szale – po mackach, rękach, tułowiu. Zasłaniając się przed nim puściły elfa. Podbiegłem do nich. Jedna z Świtezianek odwróciła się w moją stronę…. znowu dojrzałem anielską twarz i kuszącą pozę – tym razem jednak nie zawahałem się i z rozpędem wbiłem w nią miecz. W jej oczach pojawił się taki wyrzut, że zamarłem oszołomiony. Cofnęła się z wystającą spomiędzy piersi klingą i powoli osunęła się w wodę. Nagle czyjaś ręka – ludzka ręka – chwyciwszy za tą klingę, wyszarpnęła miecz z ciała i szerokim łukiem cięła przez trzecią świteziankę ścinając jej głowę. Zapanowała cisza…

Cisza, która wydała się nam po szaleństwie walki i nieustannym chlupocie wody czymś zupełnie nienaturalnym.

Ja i Nekaah, z mieczem w ręku, staliśmy bez ruchu w wodzie mieszającej się z posoką. Wokół nas pływały trzy ciała, a nasze umysły starały się uporządkować to, co się stało.

Ocucił nas głos elfa…

– Ej ! wy tam ! Zamierzacie stać tak aż do rana?

Odwróciliśmy się i ruszyliśmy do brzegu. Elf siedział na ziemi i czekał na nas. Gdy podeszliśmy, podniósł się i przedstawił.

– Jestem Aerlinhee aeps Aerkuth… A wy?

– Nekaah z Bisinee

– A ja Arni z Bisinee – przedstawiłem się.

– Czy mogę odzyskać swój miecz?

Nekaah popatrzył na swoją rękę i miecz jakby był zdziwiony, że trzyma ona coś takiego…

– Oczywiście, proszę.

Aerlinhee, ujął miecz, wyciągnął szmatkę i zaczął go czyścić.

Wtedy usłyszeliśmy śpiew niosący od wody. Zwróciliśmy głowy w kierunku głosu i zobaczyliśmy kilka świtezianek podpływających do miejsca walki.

Jedna z nich unosząc się w miejscu na wodzie przepięknym melodyjnym głosem śpiewała

Śpi tu piękna Neera. Przyjdź, wietrzyku chłodny,

Przyjdź wietrzyku i czyń jej sen wdzięczny, łagodny.

Pozwalam ci i włosy obwionąć na czele,

Pozwalam, ach, niestetyż ! ty i w ucho śmiele

Możesz poszemrać, możesz i wargę całować,

A ja, nieborak, muszę przyjaźni folgować.

Lekko, owieczki moje, lekko następujcie !

Śpi tu piękna Neera: spania jej nie psujcie! [1]

[1] Szymon Szymonowicz „Zalotnicy” – urywek

Staliśmy oczarowani śpiewem, a świtezianki zabrawszy ciała swoich pobratymek zniknęły w odmętach jeziora. Ich pieśń też dobiegła końca. Wkrótce nie było już śladu po niedawnej walce.

Elf dokończył misterium czyszczenia miecza i wsunął go do pochwy.

Dopiero wtedy zauważyliśmy, jak komicznie wygląda z porozpinanymi guzikami i rozchełstanym ubraniem. Zresztą i my przedstawialiśmy podobny widok. Wybuchnęliśmy gromkim, histerycznym i długim śmiechem. W ten sposób odreagowywaliśmy grozę, którą niedawno przeżyliśmy.

Wkrótce zmęczeni walką i wyczerpującymi spazmami śmiechu usiedliśmy na murawie, a Aerlinhee poczęstował nas swoimi podpłomykami i lekkim winem.

Siedzieliśmy i jedliśmy w milczeniu, słychać było tylko nasze mlaskanie. Każdy z nas ponownie przeżywał niedawną walkę. Uświadomiłem sobie, że mogłem tego nie przeżyć i strach zassał mi żołądek a ręce rozdygotały się jak w malarii. Nie mogłem utrzymać kubka, musiałem go postawić. Zauważyłem, że Nekaah przeżywał to samo. Tylko elf spokojnie popijał swoje wino.

– To była wasza pierwsza walka?

– yhy – odparłem z pełnymi ustami. Przypomniałem sobie oczy umierającej świtezianki, wzdrygnąłem się i zmarkotniałem – czy ten widok będzie mnie prześladował do końca życia?

– Nie tak łatwo się zabija… co?

– Tak… – pokiwałem głową – inaczej to sobie wyobrażaliśmy. Tak romantycznie…

– Heh… – parsknął Aerlinhee – „romantycznie”… To nigdy nie jest romantyczne, tylko w balladach to potem ładnie wygląda: bez bólu, cierpienia i strachu, bez znoju i wyrzeczeń, krwi i smrodu…

– No dobra już dobra… – musiał dostrzec co się dzieje w mojej duszy – To nie Wasza wina! Wy się tylko broniliście. Musieliście je zabić inaczej one zabiłyby was. Taka jest natura dziwożon, że kuszą ciałem i rozkoszami ale nie można im nikogo atakować. One o tym dobrze wiedzą. Mogły sobie żyć spokojnie w głębinach jeziora. Skoro wyszły raz zabić, robiłyby to częściej…. A może nawet już to robiły. Zapewne uratowaliście niejedno życie – tak właśnie powinniście myśleć…

– Nawet ci nie podziękowaliśmy za jego uratowanie – przypomniałem sobie.

Elf machnął ręką:

– Ech… jesteśmy kwita, wy też mnie ocaliliście.

– No tak, ale to przez nas wpadłeś w kłopoty. – zaprotestował Nekaah.

– Może i tak, ale ja jako wojownikiem nie mogłem nie zareagować na wasze krzyki…

– A wy jesteście … – zamilkł na chwilę i poprawił się – …byliście dziećmi… No, ale co wy w ogóle robicie nad tym jeziorem o tej porze? Nie powinniście siedzieć w domu?

– Eee… – zająknąłem się i dokończyłem cicho – chcieliśmy pomóc w odczarowywaniu królewskiej córki, strzygi…

– Co?!?! – Aerlinhee o mało się nie zakrztusił – Nie mielibyście żadnych szans!

-Teraz już to wiemy – zgodził się smętnie Nekaah – ale wcześniej inaczej nam się wydawało. Głupio myśleliśmy, że marząc, iż jesteśmy niepokonani takimi właśnie jesteśmy.

– No już wiemy, że to głupie myślenie… ale wtedy ... – dodałem

– Właśnie! Twój brat maił rację – Nekaah zwrócił się do mnie – że to można osiągnąć tylko dużo trenując i pijąc specjalne eliksiry… albo używając magii… My jesteśmy bez szans…

– Ano miał – powiedziałem ze smętną miną.

Elf przyglądał nam się z zainteresowaniem. Przez pewien czas panowała cisza…

– Nie tylko… – powiedział tajemniczo – jest jeszcze jedna droga… droga, o której wy ludzie jeszcze nie macie pojęcia. Ba! nawet wśród nas elfów jest niewielu, którzy o niej wiedzą…

Popatrzyliśmy na niego zdumieni

– O czym mówisz? – zapytaliśmy chórkiem.

– Mówię o heapnothyss – jest to droga do harmonii – harmonii duszy i ciała osiąganego przez wyciszenie, medytacje i opanowanie reakcji ciała.

– Zdradzisz nam tą tajemnicę ? – zapytałem z nadzieją w głosie

– To zależy – uśmiechnął się – wkrótce przekonam się czy jesteście tego warci…

Elf podniósł się i ociężale wdrapał się na konia:

– No to jak ? Idziecie ze mną ?

Popatrzyliśmy z Nekaah’em na siebie …

– A dokąd ?

– Jadę na pewną polanę w tym tutaj lesie. Muszą tam coś odkopać – myślę, że moglibyście mi pomóc. Potem opowiem wam o heapnothyss – oczywiście jeśli chcecie.

– Ależ chcemy !– zakrzyknęliśmy wspólnie – Idziemy.

Ruszyliśmy wzdłuż brzegu jeziora w kierunku lasu. Zupełnie zapomnieliśmy o strzydze i tunelu. Gdy dotarliśmy do pierwszych drzew zostawiliśmy przy jednym z nich konia, ściągnęliśmy z niego kulbakę i wziąwszy ją na plecy weszliśmy w gęsty bór. Mimo bezchmurnego nieba otaczały nas ciemności gdyż cały blask księżyca pochłaniały korony drzew. Gdyby nie latarnia niesiona przez elfa, co chwilę potykalibyśmy się o wystające korzenie i leżące wszędzie gałęzie. I bez tego szło nam się bardzo ciężko, nie mówiąc już o tym, że cały czas miałem wrażenie, że kręcimy się w kółko. Na szczęście elf miał chyba szósty zmysł, bo trafiliśmy tam gdzie zmierzaliśmy.

– Jesteśmy na miejscu – powiedział w pewnej chwili Aerlinhee i wyszliśmy na polanę, znajdującą się wewnątrz dolinki otoczonej czterema wzgórzami. Miejsce to było nam znane gdyż czasem przychodziliśmy tutaj w poszukiwaniu jagód i grzybów.

– Polana jak polana cóż jest w niej takiego niezwykłego? – zapytałem choć miałem wrażenie, że po moich plecach, wbrew mojej woli, chodzą ciarki. Widziałem, że Nekaahem dzieje się to samo. Musiało, więc być tutaj coś niesamowitego.

Dlaczego wcześniej tego nie odczuwaliśmy?

– A jednak nie jest to zwykła polana – prychnął elf – patrzycie na te górki, a nic nie widzicie. Czy nigdy nie zastanowiło was, że są one takie same i tak idealnie rozmieszczone wg stron świata?

Rzeczywiście!

Dopiero jak nam o tym powiedział uzmysłowiliśmy sobie, że nigdy tego nie dostrzegaliśmy. Zastanawiam się ile jest jeszcze rzeczy pozornie oczywistych, których sens nam umyka?

– Ale to jeszcze nic – kontynuował elf – ta polana to miejsce kumulacji magicznej energii. Uwalniana jest ona tylko jednej nocy raz na kilkadziesiąt lat. Przypada ona właśnie dzisiaj i dlatego tutaj się znalazłem. Czekałem na tę chwilę 35 lat. Gdzieś tutaj, w tej dolince, jest zakopany kamień i dziś jest jedyna chwila, gdy kamień ten da się otworzyć…

– To jak możemy Ci pomóc? – zapytałem – polana jest duża, nie zdążymy jej przekopać przez jedną noc. Gdzież szukać tego kamienia?

– Nie ma pośpiechu… Gdy noc mocą się wypełni promień wskaże nam właściwe miejsce… Usiądźmy więc i poczekajmy.

Tak też zrobiliśmy. Byliśmy wykończeniu. Zmęczenie odebrało nam chęć do wszelkich rozmów tak więc siedzieliśmy w ciszy i nic nie zakłócało potoku moich myśli, które nieustannie wracały do boju jaki stoczyliśmy dzisiejszego wieczoru. Rozmyślałem o wielu sprawach i nagle sobie coś uświadomiłem.

– Zaraz, zaraz! Czekałeś 35 lat !?

– Tak, dokładnie 35 lat.

– I ruszyłeś nam na ratunek? Nam ludziom? Przecież mogłeś stracić dzisiejszą noc i musiałbyś czekać następne 35 lat…

– No nawet więcej – elf uśmiechnął się – okresy jego pojawiania się zmieniają się, co milenium. Obecnie jesteśmy na etapie zwiększania się odstępów czasowych, przez co musiałbym czekać 48 lat.

– To dlaczego nam pomogłeś – bądź co bądź wrogom waszej rasy?

– Bo uważam życie za największe dobro nam nadane – każdej istoty ludzkiej. Czy będzie to elf, czy człowiek, czy krasnal czy też ktokolwiek z innej rasy, każdy z nich ma prawo do życia. Dlatego też dopóki nie nastajecie na moje nie jesteście moimi wrogami… Powinniście sobie zapamiętać, że w każdym narodzie, w każdej rasie większość ludzi chce żyć w pokoju i nie szuka wrogów. Niestety społeczeństwa zbyt często ulegają mitom i prowokacjom garstki szaleńców – potem już trudno powstrzymać spiralę nienawiści, kłamliwych stereotypów i schematów… Pomyślcie ile razy wasi rodzice przestrzegali was przed elfami?

– Cały czas…

– No właśnie… Zapewne robili to w dobrej wierze, choć jeśli chcieli być uczciwi, powinni wam byli powiedzieć, że nie każdy elf jest nieprzyjacielem, że trzeba być ostrożnym, ale bynajmniej nie wrogo nastawionym….

– Ech… Dlatego też dużo wewnętrznej siły i wielu refleksji potrzeba, żeby się z tego wyzwolić. A nie każdy ma taką siłę, ani ochotę na przemyślenia… A jeszcze mniej osób do przeciwstawienia własnej społeczności swojego odmiennego zdania.

– Chyba masz rację – głośno zamyślił się Nekaah i uśmiechnął się ponuro – gdybym miał łuk i spotkał Ciebie na swojej drodze pewnie bym strzelił zanim byś zdążył coś powiedzieć…

– No widzisz .. – elfa rozbawiła bezkompromisowa szczerość Nekaaha – w ten sposób utrwala się nienawiść naszych ras, nawet Ci którzy nie chcą wojny są mimo woli zmuszani do walki…

Nagle polanę rozświetlił promień światła padający z chmur. Wskazał on nam punkt na jednym z pagórków. Podeszliśmy tam i zaczęliśmy rozgarniać ziemię. Wkrótce naszym oczom ukazał się megalityczny regularnie prostopadłościenny kamień. Po godzinie pracy był on już całkowicie odsłonięty. Znajdowały się na nim jakieś nieznane nam pismo.

– Co jest na nim napisane?- zapytałem elfa.

– Nie wiem… – odpowiedział szczerze – to runy rasy, która była na tej ziemi przed nami… Nikt już ich nie wspomina.

– Co?!?! – w zdziwieniu wykrzyknęliśmy jednocześnie – rasa przed waszą?

– Tak… – Wyparliśmy ją tak jak wy dziś wypieracie nas, ale jak już mówiłem tylko niewielu o tym jeszcze pamięta. Reszta chciała zapomnieć i tak się też stało. Pamięć o wcześniejszej rasie zaginęła już tysiące lat temu w naszym elfim społeczeństwie. A szkoda… Wielka szkoda… Bo bardzo chciałbym wiedzieć, co tu jest napisane – przejechał delikatnie po wyżłobionych w kamieniu, pradawnych liniach.

– No dobrze, jak w takim razie otworzyć kamień? – zapytał praktycznie Nekaah.

– Hmm… Nikt tego nie wie… – odparł elf – Przyszedłem tutaj spróbować, jak wielu przede mną, choć żadnemu się to nie udało. Wiem tylko tyle, że trzeba wymówić jakąś formułę. I, że każdy w swoim życiu może ją wymówić tylko raz – jeśli kamień się nie otworzy cały trud pójdzie na marne.

Ciąg dalszy do kupienia:

arizo.net  – format w pdf, epub, mobi
gumroad.com – format w pdf, epub, mobi
virtualo.pl – format w pdf, epub, mobi

Leave a Comment

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *