Link do mapki pokazującej zniszczenia na tle mapy dla zadanej siły eksplozji jądrowej i wskazanego punktu (np. miasta):
http://nuclearsecrecy.com/nukemap/

Po kliknięciu „więcej” zobaczysz początkowe rozdziały powieści. Całą można kupić (format w pdf, epub, mobi) na:
legimi.com
rw2010.pl

1.
Berlin
Niemcy
luty 1953 r.

Dzień był wyjątkowo paskudny, gęsta mgła, przechodząca w mżawkę, mocno ograniczała widoczność. Na spore podwórze, otoczone ruinami kamienic, wjechały cztery ciężarówki. Dwie z nich miały całkowicie zabudowane budy, na dwóch pozostałych majaczyły bryły znacznych rozmiarów ładunku przykrytego brezentem i ramiona dźwigów. Gdy zgasły silniki z szoferek wyskoczyło siedmiu mężczyzn uzbrojonych w pepesze z tłumikami na końcach luf. Błyskawicznie rozbiegli się po ruinach otaczając cały teren. Wtedy wyszedł jeszcze jeden, choć ubrany tak jak pozostali w skórzany płaszcz, lecz bez broni i mocno posunięty w latach. Typowy Sołdat. Rozglądnął się wokół, przez chwilę nasłuchiwał po czym otworzył tylne drzwi budy.

– Towarzysze! Wysiadać! Robota czeka – zawołał po polsku, ale z rosyjskim akcentem. Najwyraźniej on tu dowodził.

Z budy wyskoczyło czterech młodych mężczyzn w roboczych kombinezonach i ciepłych kubrakach. Po krótkiej chwili rozgrzewki, rozciągania mięśni, ustawili się karnie w szeregu.
Sołdat wyciągnął zza pazuchy pokaźnych rozmiarów piersiówkę i pociągnął solidny łyk.

– Na rozgrzewkę – wysapał i podał butelkę pierwszemu z szeregu. W czasie gdy szereg raczył się alkoholem, objaśniał zadania do wykonania:

– Towarzysze! Przenosimy maszinu do tej jamy – wskazał ledwie majaczącą do tej pory, wybetonowaną okrągłą dziurę na środku placu. – Montujemy, testujemy i przykrywamy. Musimy zdążyć przed świtem, nikt nie może zobaczyć jakie gówno tu podrzucamy. Jak się dobrze uwiniecie pojedziemy na zabawę z panienkami!

Przez szereg przebiegły okrzyki zadowolenia i mężczyźni ochoczo ruszyli do pracy. Silniki wozów ruszyły na nowo, robotnicy ruszyli podpinać liny do dźwigów.
Sołdat wziął skrzynię z narzędziami i zszedł po dostawionej drabince do środka.

– Jurek! – jeden z robotników, młody chłopak popatrzył w stronę Sołdata. – Ty rozstaw stół z jedzeniem i piciem a potem zejdź do mnie. Pomożesz mi w montażu.

Po kilku godzinach pracy sześć elementów maszyny zostało zmontowane, tworząc coś na kształt rozgwiazdy. Na wierzchu urządzenia pysznił się wykonany złotą farbą napis:

für
BERLIN
von
Stalin

Silniki aut zostały wyłączone i wszyscy pracownicy oprócz Jurka przysiedli się do stołu.

Sołdat otworzył drzwiczki jednej ze skrzynek zintegrowanych z urządzeniem i zaczął rozwijać kabel nawinięty na bęben.

– Widzisz ten wylot rury? – zwrócił się do Jurka wskazując mu otwór w betonowej ścianie. – Wsuwaj do niej tą antenę aż ją całkiem rozwiniemy. Tylko bardzo ostrożnie bo jak ją przerwiesz to wylecimy w powietrze. A tego nie chcemy, prawda?

– Tak jest! – potwierdził Jurek.

W tym momencie rozległ się ryk silnika i na podwórze wjechał z impetem jeep amerykańskiej żandarmerii wojskowej. Trzech żandarmów wyskoczyło z auta trzymając w dłoniach pistolety maszynowe Thomsona.
Biesiadujący robotnicy patrzyli na nich zaskoczeni z rozdziawionymi gębami pełnymi jedzenia. Sołdat z Jurkiem zamarli na dole, nie wiedząc co się dzieje.
Jeden z żandarmów rozglądnął się, przez mgłę nie był w stanie dostrzec ukrytych w ruinach strażników. Poszedł zobaczyć do wnętrza otwartej budy furgonu. Drugi zbliżył się do stołu:

– You work on Sunday? – zapytał podejrzliwie.

– Że co? – odbąknął jeden z robotników.

– What are you doing here? – zainteresował się żandarm.

Robotnicy popatrzyli po sobie tępo i bezradnie. Jeden z nich wstał i lekko chwiejąc się wymownie wyciągnął butelkę prawie pod nos żandarma.

– Napijesz się? – wybełkotał.

– Captain! – krzyknął pierwszy żandarm. – They live here!

– Poor Czechs – skrzywił się z odrazą Captain i machnął do swojego żołnierza na powrót do jeepa.

Ukryci w jamie Sołdat i Jurek odetchnęli z ulgą.

Gdy skończyli wsuwać kabel do wnętrza rury, Sołdat otworzył kolejne drzwiczki. W wnętrzu na ściance był krótkofalarski mikrofon, korbka, jakiś pakuneczek, przycisk, dwie żaróweczki i otwór. Sołdat odczepił korbkę, włożył ją w otwór i energicznie zakręcił kilka razy. Gdy obie żarówki zamigotały. Gdy zaświeciły się na stałe, sięgnął po mikrofon, nacisnął przycisk i spokojnie nadał:

– Jajca w gniezdie, jajca w gniezdie, jajca w gniezdie…

Zanim skończył jedna z żaróweczek zgasła.

– Rabota mojej żizni zawierszena – wyszeptał do siebie. Twarz Sołdata rozjaśnił uśmiech triumfu po czym przetoczyły się po niej skurcze bólu. Od kiedy Jurek znał Sołdata to zawsze widział go napitego. Pił przez cały czas i Jurek od dawna podejrzewał, że zalewa alkoholem jakiś rozdzierający go ból.

Jednak nie na tyle cicho by nie usłyszał tego Jurek. Natychmiast uświadomił sobie konsekwencje tego, że Sołdat zrealizował życiową misję – nie zostawią żadnych świadków! Nie dał jednak niczego po sobie poznać.
Sołdat wyciągnął korbkę, włożył w jej miejsce pakuneczek i podpalił go. Po chwili tlenia się pakunek rozbłysł oślepiającym światłem stapiając i zniekształcając otwór.

– Co to? – zapytał przestraszony Jurek.

– Termit, zaspawałem nim otwór.

– To wiem, ale co to za urządzenie?

Na chwilę rysy Sołdata stężały, już chciał coś odpowiedzieć gniewnego, gdy…. rozpogodził się:

– A co mi!? Teraz już mogę Ci powiedzieć – to jest ich Wunderwaffe. Właśnie im ją zwróciliśmy… cha cha cha cha!!! – roześmiał się głośno. – Czyż to nie cudowna ironia losu, że zgładzi broń, którą przyszykowali na nas? Niech no tylko towarzysz Stalin zapomni na czas nacisnąć przycisk a… – przerwał swoją myśl, zamyślił na chwilę po czym wzdrygnął. – Bum i… nie ma Berlina.

Znowu się zamyślił, na jego twarz spłynął błogostan.

– No dobra! Kończmy robotę, czeka na nas zasłużona nagroda.
Sołdat wspiął się po drabince na górę.

– Towarzysze! Kończymy! Najwyższa pora zamknąć i zasypać sarkofag.

– A Ty – zwrócił się do Jurka pozostałego w dole. – Wyłaź i im pomóż. Zabierz skrzynkę z narzędziami i odnieś na pakę.

Sołdat czekał aż Jurek wyjdzie na górę, po czym dosiadł się do stołu i zaczął pić. Dlatego nie zauważył jak Jurek chowa pilnik pomiędzy kartki gazety.

2.

Niemcy
Erzgebirge (Góry Rudawy)
Współczesność

Bus powoli, rzężąc silnikiem, z trudem podjeżdżał pnącym się w górę, zarośniętym i ledwo widocznym, leśnym duktem. Zwisające gałęzie drzew bezlitośnie smagały przywiązaną do dachu auta tratwę ze specjalnego plastyku. Auto stanęło i wysypały się z niego trzy pary dwudziestoparolatków.

– Uważajcie, jesteśmy przy samej krawędzi – ostrzegł resztę Lukas.

– Jak to? Gdzie? – zdumiony Alexander rozglądał się wokół widząc tylko zarośla i drzewa.

Lukas uśmiechnął się, po czym zrobił parę kroków do przodu i przydeptał krzaki. Reszta podeszła do niego i ich oczom ukazał się zapierający oddech widok: stali na krawędzi głębokiego kamieniołomu, o prostopadłych ścianach, pełnych spękań i wnęk spowodowanych uderzeniami kilofów podczas górniczej obróbki. Ponad 20 metrów niżej w półmroku ledwie majaczyła ciemna tafla wody.

– Odlot! – Wyrwało się Fabianowi. – Te ściany są idealne do wspinaczki!

– Są fantastyczne! Tylko jak głęboka jest ta woda – wyraziła swoje zaniepokojenie Lisa.

– Ha! – odparł triumfalnie Lukas. – Po to właśnie mamy tratwę i akwalungi.

– Ja nie nurkuję! – od razu zastrzegła się Lisa. – Interesuje mnie tylko wspinaczka.

– Wiemy, wiemy! Zostaniesz na górze z Alexandrem – zakomenderował Lukas. – Będziecie nas asekurować. Do roboty, zabezpieczmy teren i schodźmy na dół!

Młodzi ściągnęli tratwę, podczepili do wyciągu i spuścili na wodę. Wtedy chłopcy zaczęli przebierać się w pianki. Dziewczyny choć rozpakowywały auto nie omieszkały skorzystać z okazji i poprzyglądać się swoim kolegom gdy przez chwilę byli nadzy.
Pierwszy na dół zjechał Fabian z Lukasem, Alexander spuszczał im na dół sprzęt do nurkowania. Gdy skończył na dół zjechała po linie Nina i Sara.

– Kto pierwszy nurkuje? – zapytał Fabian

– Może Ty z Sarą? – zaproponował Lukas

Nikt nie zaprotestował, więc Sara i Fabian ubrali akwalungi i zanurkowali. Woda był krystalicznie czysta, ale przez to, że nie dochodziły do niej promienie słońca – panowały w niej całkowite ciemności, tak jak na dużych głębokościach albo w jaskiniach. Tylko światła wodoodpornej lampy Lukasa wyciągały z mroku ścianę kamieniołomu. Młodzi wzdłuż ściany, z podczepioną do tratwy linką asekuracyjną, ostrożnie schodzili coraz głębiej.

Do dna dotarli na głębokości prawie 14 metrów. Było ono nierówne, schodzące w dół w stronę środka, zawalone odkutymi od ścian i porzuconymi głazami oraz zamulone resztkami roślinności przez całe lata spadającej do wnętrza kamieniołomu.

Fabian wskazał rękę, że chce odpłynąć od ściany na środek, Sara skinęła mu głową na zgodę, więc odbili się nogami od ściany i ruszyli lustrować dno. Niestety takie gwałtowne ruchy płetw uniosły nalot z dna zamulając wodę i mocno ograniczając widoczność. Fabian zaklął w duchu. Nagle ich oczom ukazała się jakaś bryła. Gdy podpłynęli bliżej, zorientowali się, że to tył budy starej ciężarówki. Auto leżało na boku pochylone pod dużym skosem jakby dno opadało tu jeszcze głębiej. Fabian postanowił zanurkować w stronę szoferki, a żeby sobie pomóc chwycił się krawędzi budy i odepchnął. Mimochodem złapał się za drzwiczki przez co puściły przerdzewiałe zawiasy i jedno skrzydło drzwi oderwało się i obsunęło. Natychmiast z wnętrza wydobył się duży bąbel powietrza, a za nim wraz ze wzbudzonym prądem, różne przedmioty. Fabian odruchowo skierował w tą stronę światło latarki i zobaczył przerażoną twarz Sary, która zaczęła miotać się w panice po czym zaczęła płynąć ku powierzchni.
Fabian natychmiast rzucił się za nią chcą ją powstrzymać, ale nie dał już rady jej dogonić. Przerażony i bezradny patrzył jak dziewczyna w ciągu kilku chwil wypływa w panice na powierzchnię.

W tym czasie Lukas i Nina doskonale się ze sobą bawili. Zdążyli już się nawet wyłuskać z pianek i byli w trakcie długiego namiętnego pocałunku, z ręcznymi pieszczotami, gdy zaalarmował ich nagły bulgot wody wywołany wypłynięciem bąbla powietrza. Poderwali się i po chwili zobaczyli wypływające na powierzchnię różne drobne przedmioty. Ochłonęli natychmiast i zaczęli się wbijać w pianki, ale niewiele im się udało zdziałać gdy na powierzchni pojawiła się Sara.

– Trup! Trup! – krzyczała w panice płynąc do tratwy. – Wyciągnijcie mnie! Tam jest tru…

Dziewczyna nagle zwiotczała i obsunęła się pod powierzchnię wody. Lukas natychmiast do niej wskoczył, ale w tym samym momencie wypłynął Fabian wypychając Sarę nad wodę.
Przy pomocy Niny wyciągnęli ją na tratwę. Sara była nieprzytomna.

– Boże! – Nina była roztrzęsiona – to wygląda na uraz ciśnieniowy płuc!

– Wypłynęła w panice – potwierdził Fabian – pewnie nie zrobiła wydechu.

– Alexander! Alexander! Wypadek! – krzyknął głośno.

Alexander z Lisą natychmiast pojawili się na krawędzi. Także nago. Lucas podpiął pod uprząż nieprzytomną Sarą i trzymającego ją Fabiana i jeszcze Ninę. Nie przestawał przy tym ich instruować:

– Słuchajcie uważnie! Wjeżdżacie na górę, dzwonicie na telefon alarmowy, niech do tej dziury co przez nią ostatnią przejeżdżaliśmy podeślą helikopter ratunkowy. Jedźcie do niej od razu, nie czekajcie na mnie. Liny są dobrze podczepione, Nina pomoże mi z wyjściem. Zostawcie tylko nasze ubrania, telefony i prowiant. Dopiero gdy ratownicy odbiorą Sarę wróćcie po nas. A Sarę niech jak najszybciej przewiozą do komory dekompresyjnej to nic jej nie będzie. Rozumiecie?
Fabian skinął głową, że tak i szarpnął linę. Alexander włączył wyciąg i wciągnął całą trójkę na górę. Po chwili rozległ się warkot silnika.

Lucas rozglądnął się. Jego wzrok przykuła obijająca się o tratwę jakaś stara, zakorkowana butelka. W jej wnętrzu coś było, jakiś papier. Wyłowił ją i zaczął jej oględziny. Wyglądało mu to na starą butelkę po oranżadzie. Przynajmniej tego typu butelki z takim właśnie zamknięciem widział na starych filmach. We wnętrzu rzeczywiście był papier a właściwie gazeta. Gdy się przyjrzał dostrzegł, że miejsca pomiędzy drukiem i marginesy zostały zapisane ręcznym pismem. Od razu uświadomił sobie, że trafił na coś intrygującego. Schował butelkę do torby i zaczął się wspinać. Dzięki pomocy Niny już po kilku minutach był na górze.
Natychmiast rozłożył koc i odkorkował butelkę. Delikatnie wyciągnął z niej list, który okazał się składać z kilku niewielkich skrawków gazety. Rozłożył je ostrożnie na kocu. Pochyli się nad nimi żeby dokładnie się przyjrzeć.

– Gazeta jest niemiecka, ale dopiski są chyba po czesku – zauważyła Nina. – Choć tu, zobacz! Jest napisane „Wunderwaffen”.

– To nie jest po czesku tylko po polsku – rozwiał jej wątpliwości Lucas. I wiem komu to pokazać! Mam koleżankę, która doskonale zna polski i na dodatek jest dziennikarką śledczą!

Sięgnął po telefon, zrobił nim zdjęcia, potem przewinął listę znajomych i pacnął palcem w zdjęcie ładnej dziewczyny, podpisane: Anna.

3.

Niemcy
Berlin
Współczesność

Telefon leżący na stoliku obok pucharu lodów zaczął brzęczeć. Ania nieśpiesznie sięgnęła po niego, odgarnęła włosy i odebrała połączenie.

– Co tam?

– Cześć Anna!

– Cześć Lucas, kopa lat! Jesteś w Berlinie?

– Nie… akurat stoję sobie w lesie. Mam tu umarlaka w starym zalanym kamieniołomie i list w butelce zapisany na gazecie z 5 lutego 1953 r. List jest po polsku, ale pada w nim słowo, które rozumiem:„Wunderwaffe”. Zainteresowana?

– Nie zgrywaj się! Doskonale wiesz, że tak!

– Ale wiesz, że u mnie nic za darmo! – rzucił rozbawionym tonem Lucas – temat za kolację ze śniadaniem?

– Ej! – do Anny dotarł głos innej kobiety. To nine wykrzyknęła Nina uderzając go lekko w ramię i marszcząc groźnie brwi.

– O! Słyszę, że nie jesteś tam sam, ładna jest?

– Obie jesteście ładne! – popatrzył radośnie na Ninę, która znowu sprzedała mu kuksańca w plecy.

– To może trójkąt i koniecznie z masażem pleców! – kuszącym głosem zaproponowała Anna.

– Zapytam! – odparł Lucas i rozbawiony zwrócił się do Niny:

– Co powiesz na miłą zabawę w trójkę?

Nina przymknęła jedno oko i wykrzywiła twarz w grymasie udawanego silnego zamyślenia:
– Z wielokątów to ja lubię co najmniej czworokąty! I jak tak to i ja przyprowadzę swojego kolegę.

– Mhmmm… Słyszałaś? – zapytał Lucas Annę

– Słyszałam! Nigdy nie próbowałam, ale może być ciekawie! – Anna nakręciła się na ten pomysł. – Tylko nie myśl, że wykręcisz się od zrobienia masażu pleców!

– OK, to jesteśmy umówieni! Zrobiłem Ci fotki i wysłałem wszystko w emailu. Powinnaś już to mieć.

– A mógłbyś mi jeszcze wysłać ten list kurierem?

– Nie ma sprawy, wyślę Ci to jeszcze dziś przesyłką konduktorską pociągiem z Drezna, nadam na Hauptbanhoff…. – stracił wątek bo w tym czasie Nina dobrała mu się do karku, delikatnie muskając go po skórze.

-Eeee… muszę kończyć. Pa!

Lucas rozłączył się. Ania popatrzyła trochę zdziwiona na telefon. Roznosiła ją ciekawość, ale nie mogła odejść bo umówiona była z pracownicą rosyjskiej ambasady. W tym momencie do jej stolika podeszła starsza kobieta.

– To ja do pani dzwoniłam – zaczęła bez powitania. Była wyraźnie przestraszona, cały czas rozglądała się na boki, trzęsła się.

– Proszę usiąść – zaprosiła ją gestem ręki Anna do zajęcia miejsca przy stoliku.

Kobieta usiadła a na stole położyła napęczniałą od wypełnienia tekturową teczkę. Podsunęła ją do Anny.

– Proszę to wziąć i obejrzeć, ale nie tutaj. Dopiero w domu.

– Okey – zgodziła się z przekąsem Anna. – Ale skoro nie chciała Pani przez telefon to proszę mi teraz powiedzieć o co chodzi.

Kobieta nabrała powietrza w usta, ale w tym momencie do stolika podeszła kelnerka:

– Podać coś Pani ?

– Jakąś colę poproszę – odparła przybyła.

Gdy kelnerka się oddaliła, wypaliła

– Oni go zabili! Taki młody chłopak, dziecko jeszcze, a oni go zabili! – rozpłakała się.

Anna zmieszała się. Nigdy nie wiedziała jak zachować się w takiej sytuacji. Na szczęście starsza kobieta szybko się pozbierała i początkowo rwącym się głosem zaczęła swoją opowieść:

– Od ponad 40 lat pracuję w rosyjskiej ambasadzie jako sprzątaczka. Jestem tam tak zadomowiona, że nie zwracają na mnie w ogóle uwagi. Jestem dla nich jak swoja, albo jak powietrze. Kilkanaście dni temu zaczęła się tam prawdziwa panika. Attache wojskowy krzyczał do swojego podwładnego, że nie zdaje sobie, sprawy co im grozi, że albo naprawią to radio w ciągu kilku dni albo, cytuję: „wszyscy wyparujemy”. Był naprawdę przerażony!

Kobieta przerwała na chwilę bo wróciła kelnerka i postawiła colę na stoliku. Napiła się i kontynuowała:

– Wiem o jakie radio chodzi. Od kiedy pamiętam stoi na strychu i tylko się kurzy. Włączają je tylko raz do roku. Wiem bo wcześniej zawsze każą mi je odkurzyć. Śmieszne w nim jest to, że jest na korbkę. Nie podłączają go nigdzie do prądu, tylko przychodzi attache, zakręca korbką i gdy zapali się taka śmieszna lampka jak w starych radiach, naciska przycisk. Jedyny jaki tam jest. Wiem bo widziałam, gdy kiedyś przed laty jeden z nich zrobił to przy mnie. Tak mu się spieszyło, że nie poczekał na moje wyjście.

– Wnikała Pani kiedykolwiek po co to robią? – zapytała Anna

– A co Pani! – oburzyła się starsza kobieta. – Ja tam tylko sprzątam. Nigdy się nie odzywam, a żebym miała jeszcze pytać!?
– Ale może coś Pani słyszała na ten temat? – drążyła Anna

– Nic, tylko właśnie to co ostatnio.

– I co było potem?

Kobieta wyciągnęła chusteczkę z torebki i przetarła sobie twarz i nos.
– Potem przyszedł właśnie ten młody chłopak, dziecko jeszcze – głos jej się załamał. – Co go teraz zamordowali. Zamilkła na chwilę, widać było, że musi się uspokoić.
– Kazali mi przynieść na strych pędzelek, ściereczki, wodę i detergenty. On, to znaczy ten chłopak, już tam był. Siedział nad rozkręconym radiem. Pomogłam mu je wyczyścić. To znaczy to było jakby asystowała przy operacji – on mi mówił co mu podać i sam czyścił wnętrze. Mył te żarówki z takim żarem i czułością jakby pieścił ukochaną. W końcu wyciągnął jedną żarówkę i powiedział, że to ona się spaliła. Attache zapytał czy jest w stanie wykonać zamiennik takiej lampy. Powiedział, że tak, ale musi zrobić pomiary jakiś tam parametrów, żeby wiedzieć jakie sygnały to nadaje. Potem robił sobie jakieś notatki i rysunki.

– I zrobił ten zamiennik?

– Tak. Przyniósł go kilka dni temu, ale nie byłam przy tym jak go montował. Znalazłam tylko potem na strychu tę teczkę. Stała oparta o ścianę, a że jest podpisana, łącznie z podanym adresem to pomyślałam, że ją zapomniał i postanowiłam osobiście ją zwrócić. Poszłam więc do niego i gdy już dochodziłam pod jego adres, zobaczyłam jak z bramy wychodzą te zbiry z ambasady.
– Jakie zbiry z ambasady? – zdziwiła się Anna

– Z KGB. Prawdziwe dranie, wszyscy się ich tam boją.

– KGB już nie istnieje od lat – zwróciła uwagę Anna.

– Oni zawsze istnieją! – obruszyła się kobieta. – Mogą zmieniać sobie nazwy, udawać owce, ale zawsze będą to ci sami bandyci z KGB. Przemalowany lis dalej będzie lisem.

Zamilkła na chwilę, ciężko oddychała.

– Nie wiem dlaczego, jakoś odruchowo cofnęłam się i schowałam w wnęce bramy. Widziałam jak stali tam dłuższą chwilę i uważnie się rozglądali. W końcu odeszli. Odczekałam kilka minut i poszłam do jego mieszkania. Już wtedy miałam złe przeczucia, ale nie spodziewałam się, że mogą posunąć się tak daleko, myślałam, że go zastraszali albo nawet pobili.

Znowu zamilkła po czy kontynuowała nienaturalnie spokojnym głosem:

– To jest mieszkanie na drugim piętrze, dzwoniłam, ale nikt nie otwierał. Nacisnęłam klamkę i drzwi się otworzyły, więc weszłam. Powiesili go na żyrandolu w pokoju. Głos kobiety załamał się chrapliwie.

– Skąd Pani wie, że to nie było samobójstwo?

– Młodzi ludzie, którzy mają pasję nie popełniają samobójstw! Żyję wystarczająco długo by to wiedzieć. Te stare urządzenia to był jego świat. Miał ich pełno w swoim domu. To te zbiry z ambasady go zamordowały i upozorowały wszystko. Być może właśnie przez to co jest w tej teczce. I jedyne co mogę zrobić dla tego chłopaka to zainteresować Panią tą sprawą. Zajmie się Pani nią?

– Dlaczego nie pójdzie Pani na policję?

– Byłam! Spisali moje zeznania, ale ich w ogóle ta sprawa nie interesuje! Zakwalifikowali to jako samobójstwo i wiem, że nic z tym nie zrobią jeśli Pani ich do tego w jakiś sposób nie przekona.
Zapadło milczenie. Starsza kobieta wstała.
– Do teczki włożyłam zdjęcia tych dwóch morderców. To był młody, pełen życia chłopak. Jeśli Pani nic nie zrobi jego zabójcom ujdzie to na sucho – rzuciła na odchodne i odeszła.

Anna nie wiedziała co myśleć. Nie raz w swoim życiu spotkała się ludźmi cierpiącymi na paranoje czy inne choroby psychiczne. Odruchowo wyłączyła dyktafon na telefonie, wzięła teczkę leżącą na stoliku i ją otworzyła. W środku były jakieś nic jej nie mówiące odręcznie narysowane schematy. Postanowiła zająć się tym później, teraz jej głowę zaprzątała sprawa podrzucona przez Lucasa. Zostawiła pieniądze na stoliku i śpiesznym krokiem przebiegła ulicę. Choć mieszkała dokładnie po drugiej stronie ulicy to całą drogę do mieszania przebiegła byle jak najszybciej dostać się do laptopa. Podbiegła do niego, wcisnęła przycisk i w te pędy rzuciła się do łazienki. To była jej dobrze ukrywana tajemnica – zawsze gdy się czymś zbyt mocno ekscytowała nie mogła powstrzymać się przed wizytą ubikacji. Gdy wróciła do komputera, e-mail już na nią czekał. Fotografie przedstawiały kawałki starej gazety z dopisanymi zdaniami na marginesach i pomiędzy kolumnami. Anna natychmiast przysiadła do ich spisania i ułożenia. Po kilkunastu minutach sięgnęła po telefon i zadzwoniła do Lukasa

– Udało mi się złożyć list. Przeczytam Ci go.

– Co tak długo!? – pożalił się Lukas. – Już prawie umarłem z ciekawości!

– Nie marudź! Nie jedną sprawą człowiek żyje. Słuchaj, tłumaczę:

Dziś, w jedną z niedziel lutego 1953 r., zakopaliśmy w Berlinie „Wunderwaffe”. Jest to broń, która wg oficera KGB, Andrieja Maksymowicza Danyło, ma zniszczyć całe miasto. Leży na głębokości 8 metrów w betonowym sarkofagu o średnicy około 4 metrów pod jakimś sporym podwórzem. Na obudowie ma napis „für BERLIN von Stalin”. W stronę powierzchni odchodzi od niego antena, której zadaniem jest cykliczny odbiór sygnału zerującego zegar zapalnika. Gdy tam byliśmy, przez chwilę interesował się nami angielskojęzyczny patrol. Przekażcie ten list władzom wolnego Berlina. Błagam – znajdźcie i usuńcie tą broń zanim dojdzie do celowej lub przypadkowej zagłady miasta.
podoficer AK – „Zielowy”

Zapadła chwila ciszy.

– I co Ty na to?

– W tym momencie klimat Drezna wydaje się być…zdrowszym.

– Nie świruj – zirytowała się Anna. – Pytam poważnie.

– A ja mówię poważnie!

Anna westchnęła zrezygnowana.

– No dobra, mów co tam jeszcze masz.

– Na razie niewiele więcej. Czekam na przyjaciół, żeby mieć asekurację przy zejściu zobaczyć budę starej ciężarówki i kościotrupa w kombinezonie gdy odpadły drzwi. Wtedy też wypłynęła ta butelka z listem.

– Ok. To ja pogrzebię w Internecie, a Ty jak się czegoś więcej dowiesz od razu daj mi znać. A! I jeszcze jedno. Mam tu jakieś techniczne schematy, podejrzewam, że elektroniczne. Studiowałeś na elektronice to może określisz czego one dotyczą, jakiego urządzenia?

– Jasne. Wyślij mi ich fotki to zobaczymy co z nich można wyczytać.

– Super! Dzięki Lucas, pa!
**
Współczesność
Służba Wywiadu Zagranicznego Federacji Rosyjskiej
(spadkobierczyni KGB)
Moskwa
Rosja
– Władysławie Jehorowiczu, właśnie otrzymaliśmy od naszych amerykańskich kolegów informację o wystąpieniu w rozmowie telefonicznej zgłoszonej przez nas frazy „für BERLIN von Stalin”.

Wiadomość ta wywarła tak piorunujące wrażenie, że Władysław Jehorowicz zachłysnął się pitą właśnie herbatą. Odkrztuszając obryzgał dodatkowo monitor.

– Niemożliwe – wycharczał. Po paru głębszych oddechach doszedł do siebie. – Przekazali nam nagranie tej rozmowy? Mamy już rozpoznanych rozmówców?

– Mamy nagranie i zidentyfikowanego jednego z nich – Podoficer podał Władysławowi Jeherowiczowi żółtą kopertę. – Anna Schultz, telewizyjna dziennikarka śledcza, wolny strzelec z kilkoma dokonaniami. Drugi to mężczyzna, ale nie ma karty na umowę. Będziemy musieli zestawić rozmowy, żeby go zidentyfikować.

– Dziennikarka śledcza – pomyślał na głos Władysław Jehorowicz. – To dobra i jednocześnie zła wiadomość. Dobra, że to dziennikarka a nie niemieckie władze, zła bo ta dziennikarska zdzira będzie węszyć.

Zamilkł na chwilę.

– Obejmijcie ją natychmiast całkowitym nadzorem. Muszę wiedzieć co wie, co będzie robić a nawet co myśli. I dawać mi tu jak najszybciej dane tej drugiej osoby!
***

Współczesność
Berlin
Niemcy

Anna przygotowała sobie jedzenie i rozłożyła się wygodnie w łóżku. Wzięła do ręki swój telefon, uruchomiła wyszukiwarkę i wpisała w jej okienko słowo „Wunderwaffe”. Nie przestraszyła jej ilość linków, wiedziała jak zawęzić poszukiwania. Po kilku minutach uzyskała bardzo obiecującą informację:

Profesor Albrecht Redlich, praca doktorska pt. „Wunderwaffe – nuklearna broń Hitlera”.

Niestety, zawartość pracy nie była dostępna, ale bardzo szybko udało jej się znaleźć kontakt do
profesora, szczęśliwie mieszkał w Berlinie. Natychmiast do niego zadzwoniła.

– Słucham?

– Dzień dobry panie profesorze. Nazywam się Anna Schultz i jestem dziennikarką śledczą. Dzwonię do Pana w sprawie Pana pracy doktorskiej o Wunderwaffe, czy jest ona dostępna online?

– Dzień dobry Pani. Niestety nie. A co Pani potrzebuje?

– Obawiam się, że to nie jest rozmowa na telefon, czy moglibyśmy się dziś spotkać? Albo u Pana w instytucie lub gdzieś na mieście?

– Dziś? – głos profesora wyrażał zaskoczenie. – To będzie raczej niemożliwe. Jeszcze przez kilka tygodni prowadzę badania w Breslau.

Anna zamyśliła się na chwilę:

– To może spotkajmy się jutro w tym Wrocławiu – zaproponowała. – W końcu z Berlina to tylko 4 godziny jazdy.

Profesor roześmiał się.

– Jeśli aż tak Pani zależy, to możemy się spotkać. Ale dopiero wieczorem, gdzieś tak od 17 jestem wolny. Nie mam nic w planach, więc proszę zadzwonić jak Pani dojedzie. Możemy spotkać się w Rynku, przy pręgierzu.

– Ok, będę dzwonić jutro po 17. Do zobaczenia!

W momencie gdy Anna rozłączyła się, przyszedł SMS od Lucasa:
„To co mi przysłałaś to nadajnik radiowy oparty na prymitywnych podzespołach.”

Anna przez chwilę nie potrafiła zrozumieć o czym Lucas pisze, dopiero po chwili zaskoczyła, że to odpowiedź na przesłane mu zdjęcie schematów. Ale teraz zajmowała się innym tematem. Jeszcze raz popatrzyła na przetłumaczony tekst i wpisała „Zielowy”. Wyskoczył tylko jeden link. Kliknęła na niego. Strona, w czterech językach, zawierała apel rodziny o kontakt każdego, kto by cokolwiek wiedział o losie zaginionego żołnierza AK Tomasza Zielnika o pseudonimie „Zielowy”. Poniżej apelu był podany kontakt e-mailowy do kogoś z rodziny oraz stare, wyblakłe zdjęcia młodego mężczyzny. Anna długo się w nie wpatrywała, aż zdała sobie sprawę, że ten chłopak bardzo jej się spodobał. Niestety dzieliły ich pokolenia. Zrobiło się jej smutno, zrezygnowana odłożyła aparat i zanurzyła się w świat fantazji związanych z mężczyzną ze zdjęcia.

Leave a Comment

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *