Leci sobie taki program w telewizji pod nazwą „Dragons’ Den – Jak Zostać Milionerem”,  w którym początkujący przedsiębiorcy próbują przekonać kilkoro inwestorów do zainwestowania w wymyślony przez siebie interes. Niestety kandydaci na milionerów z tego programu nie zostają milionerami lecz… frajerami.
Najgorsze, że w tym programie nie tylko kompromitują się obie strony, ale psuty jest wizerunek takich relacji 🙁
Po pierwsze  kompromitują się poszukujący kapitału godząc się na oddanie więcej niż połowy udziałów w swoich przedsięwzięciach. O tych co oddają 70% a nawet więcej to już nawet nie chcę pisać co myślę.
I to nie chodzi o to, że szacowny Inwestor będzie bardziej niż oni pasł się na wynikach ich ciężkiej pracy, lecz o to, że inwestor – lub jego następca, który odkupi/odziedziczy udziały – może w prosty sposób pozbawić ich jakichkolwiek profitów nawet jeśli przedsięwzięcie będzie przynosić krociowe dochody. Po prostu dysponując większością głosów oraz przewagą kapitałową może sprowadzić jego udziały do wartości bliskiej zeru i całe lata nie wypłacać dywidend.

Po drugie kompromitują się Inwestorzy – skądinąd szacowni przedsiębiorcy – bo przez swoją zachłanność niszczą wizerunek relacji kapitałowego wchodzenia „w spółki” . Ja bym się wstydził nawet zaproponować taki „układ” . To wykorzystywanie drugiego człowieka,  a nie obopólnie korzystna współpraca 🙁
Albowiem – zapamiętajcie to jako aksjomat jeśli nie rozumiecie dlaczego – ten kto wymyśla i realizuje pomysł nie może mieć mniej niż 51% udziałów.  Z kilku powodów, ale dwa są najważniejsze:
1) by mu bardzo zależało na sukcesie
2) by nie obawiał się, że zostanie wydymanym parobkiem.
Dlatego inwestorzy dający kapitał na tak wstępnym etapie nie powinni żądać dla siebie więcej niż 20-30% udziałów, szczególnie gdy są to kwoty rzędu kilkadziesiąt lub kilkaset tysięcy złotych co przecież zwykle będzie odpowiadać kwocie niepobranych pensji pomysłodawców za miesiące czy lata ich (pół)darmowej pracy.
No i choćby po to, żeby potem móc wprowadzić kolejnych inwestorów gdyby firma wymagała dofinansowania (chyba, że z góry umawiają się, że będą odsprzedawać tylko swoją działeczkę) lub też zwiększyć swoje udziały.
Ale u nas jak widać ciągle podchodzi się do biznesu nie na zasadzie równoważenia interesów tylko „jak daje się” to go doimy z udziałów. 🙁

Linki do programu, o którym mówię macie tutaj:
http://jakzostacmilionerem.biz
http://www.facebook.com/jakzostacmilionerem

This article has 18 comments

  1. ziutek Reply

    Jest szereg możliwości obrony udziałowca mniejszościowego. Można do umowy wpisać, że dla ważności uchwał, niezbędna jest zgoda każdego kluczowego udziałowca posiadającego ponad 10% udziałów.. można wpisać, że musi się on zgodzić na wybór członków zarządu i szereg innych. Aczkolwiek wiadomo, że rządzi kasa i ten co ma kasę, jest i tak w stanie doprowadzić w większości przypadków do tego, że ten mniejszościowy „dla dobra firmy” zgodzi się na wszystko 😉

    • Arek Reply

      Jakiś zarząd i tak musi być i może on podejmować decyzje nieopłacalne dla mniejszościowych udziałowców/akcjonariuszy jak np. przejmowanie firm od znajomych Królika itd. .
      Dywidendy dla dobra firmy też mogą być latami nie wypłacane, cały zysk iść w kapitał zapasowy i płacz mniejszościowych w tym nie pomoże.
      Firma może też wymagać zwiększenia kapitału a jeśli Ci mniejszościowi nie będą mieli kasy na dokupienie udziałów/akcji (oczywiście po super preferencyjnej cenie) to ich udział w spółce może spaść do wartości bliskiej zeru.

      • ziutek Reply

        no właśnie nie, bo jak napisałem przed tym można się zabezpieczyć na wiele sposobów. Decyzje mogą być (konkretne – wyszczególnione w umowie) uzależnione od np. jednomyślności czy też od bezwarunkowej zgody konkretnego udziałowca albo od udziałowca posiadającego min. 10% itd. W tym przypadku większościowy choćby posiadał i 80% udziałów nie przepchnie sam zwiększenia kapitału. Wyobrażam sobie, że często też ten pomysłodawca jest prezesem lub członkiem zarządu, bez zgody którego nie może być podjęta żadna istotna uchwała. Więc bez jego zgody, mimo posiadania nawet 15% udziałów nie da się kupić np. żadnych udziałów w innych spółkach, przejąć żądnej firmy itd.

        Oczywiście druga strona też może nawyprawiać i doprowadzić korzystając z zapewne sporego doświadczenia do sytuacji tak złej, że ten 15% udziałowiec przyparty do muru zgodzi się na wszystko. Jednak w umowie czy akcie założycielskim plus regulaminach da się sporo zabezpieczyć i utrudnić takie działania, przy czym ci pomysłodawcy nie mają o tym zapewne zielonego pojęcia.

        • Arek Reply

          Kto takie umowy/statuty spisuje?
          Nikt bo mogą sparaliżować całkowicie działalność firmy.

          • ziutek

            oj stosuje się stosuje… wybrane elementy zabezpieczenia przed tym przed czym ostrzegasz albo trzeba zastosować albo dokładnie tak jak napisałeś gość może zostać wykiwany bez mydła. Nie wyobrażam sobie podpisać jeśli bym miał konieczność tego typu umowę bez zabezpieczenia chociaż podstawowego przed tym prostym wywaleniem na kapitale, czy może Ty sobie to w ogóle zakładając w uproszczeniu już, że chcesz pozyskać tego inwestora, wyobrażasz?

  2. jacekondo Reply

    To właśnie Polska ktoś się godzi na 70% bo jest już zdesperowany ciągłym waleniem w mur. Najgorsi są Ci którzy taki układ proponują. Niestety nasi „biznesmeni” lansują się jeden przed drugim jak to potrafią wydymać drugiego Polaka. Można by to oczywiście tłumaczyć mógł się nie godzić, mógł lepiej negocjować itp. Oni po prostu są zachłanni a swoje biznesy robili właśnie w czasach kiedy Polak dymał Polaka i się z tego cieszył. Teraz my jesteśmy świadomi, że wcale tak nie musi być a biznesmeni no cóż może kiedyś do tego dorosną.

  3. jacekondo Reply

    A i dobrze, że są takie blogi jak ten bo może komuś się przydadzą Twoje cenne uwagi i spostrzeżenia i nie będzie dawał się tak wykorzystywać:))

  4. Gambit Reply

    Oczywiście, jak zwykle, źli zachłanni inwestorzy oprymują ludzi z pomysłem i prezentacją żądając pakietu kontrolnego. Proponuję odwrócić sytuację – co jeśli inwestor godzi się zainwestować powiedzmy 300 tys. za 49%. Już na pierwszym zgromadzeniu wspólników powołany zostaje prezes (oczywiście większością głosów pomysłodawca) oraz osoba reprezentująca wspólników w relacjach z zarządem (oczywiście kolega pomysłodawcy). Następnego dnia jest podpisany kontrakt menedżerski, dający godziwą pensję pomysłodawcy w wysokości 20 tys. PLN. Po roku zastanawiania się nad pomysłami, kasa zostaje pusta, pomysłodawca bogatszy o 240 tys, a inwestor może sobie najwyżej w brodę popluć.
    Bez zaufania i chęci rozwoju z obu stron, przedsięwzięcie się nie uda. Tworzenie głupich scenariuszy opartych na złej woli jednej ze stron służy jedynie marudzeniu, że „to się i tak nie uda” a z tego co słyszałem, w wielu takich przypadkach się udało. Cud?

    • Arek Reply

      Nie spotkałem takich sytuacji.
      Natomiast opisane przeze mnie – notorycznie.

  5. ROMAN WŁOS Reply

    DO ARNOLDA I INNYCH PACJENTÓW !!!

    Ja w tym wszystkim widzę, że Wy tutaj piszący, podobnie jak te półgłówki-business-many w Dragon’s Den, nie potraficie słuchać ze zrozumieniem.

    W tym frajerskim programie, rozrywce dla hołoty, chodzi po prostu o rozerwanie hołoty, tak aby hołota płaciła abonament RTV.

    Ja obejrzałem kilka odcinków Dragon’s Den na osobistą prośbę jednego z tutejszych pacjentów. Nie mam zwyczaju w ogóle oglądać rozrywki dla debili.

    Ale z tego co usłyszałem, to ani te patałachy business-many, ani ci pseudo-wynalazcy nie mówili nic o formie prawnej przedsięwzięcia.

    Jedni mówili o iluś-tam-procentowym UDZIALE W ZYSKACH, a nie o udziale we WŁASNOŚCI przedsiębiorstwa. A udział we własności firmy to zupełnie co innego niż udział w zyskach. Można się umówić tak, że np. Ja mam w całości firmę, a całość zysków oddaję zupełnie obcemu pacjentowi. Wtedy Ja mam sto procentów własności, a ten pacjent ma sto procentów zysków.

    Te pseudo-business-many, to chyba w ogóle nie wiedziały o czym mówią, bo mówiły tylko teksty w stylu – … ja daję sto tysięcy za dwadzieścia procentów… – dokładniej, to mówiły procent zamiast procentów, bo nauka polskiego im jakoś w szkole nie szła.

    Pojęcie ileś-tam procentów to jest pojęcie nieokreślone. Np. dwadzieścia procentów to to samo co DWADZIEŚCIA SETNYCH jakiejś liczby. Bez określenie tej liczby bazowej to pojęcie nie ma sensu.

    To dokładnie to samo co zapytanie czym się różni wróbelek oraz odpowiedź wróbelek różńi się tym, że ma jedną łapkę bardziej.

    A w tym wszystkim najśmieszniejsze jest to, że te pseudo-businessmany, to nawet nie wiedzą co to jest ZYSK. Gdyby wiedziały to by wiedziały, że nie da się policzyć zysku przed likwidacją firmy. Nawet parę lat po likwidacji mogą jeszcze wyjść jakieś koszty, albo mogą pojawić się nieoczekiwane przychody.

    Szkoda marnować czas na rozywkę dla hołoty. Co dla hołoty, zostawcie hołocie. Ludzie myślący mają ciekawsze rzeczy do robienia.

    Pozdrowienia,
    ROMAN WŁOS

    • Arek Reply

      Oczywiście, że masz rację iż ten program jest nie do końca precyzyjny bo nie wiadomo DOKŁADNIE za co i na co oni płacą.
      Dlatego przyjąłem sobie, że za udziały.
      Choć gdybym to ja był tym inwestorem to oczywiście tylko wchodzi w grę zakup akcji (jeśli nie ma już założonej spółki akcyjnej to się ją zakłada do tego celu).

  6. ROMAN WŁOS Reply

    ARNOLDZIE,

    A Ja prawie jestem pewien, że tam nic nie wykłada żadnych pieniędzy. Cały business polega na tym, że te patałachy zwane businessmanami dostają kasę za występ w telewizji i to jest ich business.

    A ci frajerzy pomysłodawcy, to może nawet występują za friko mając frajdę, że zostaną pokazani w telewizji.

    Hołota ma rozrywkę, a telewizja ma kabzę od podatników. Wszyscy są zadowoleni.

    Gdyby tamci pseudo-businessmani znali się choć trochę na businessie, to zaczęliby od BADANIA RYNKU; Nawet gdy ktoś ma do sprzedaży przysłowiową marchewkę czy pietruszkę, to idzie z tym na róg ulicy, na targ, na plażę, itp.

    Następnie wystawia ten towar na widok publiczny i woła JAK NAJWYŻSZĄ cenę. Jeżeli pacjenci rezygnują z kupna, bo cena za wysoka, to taki mały kapitalista obniża cenę i patrzy czy ludzie kupują.

    No chyba, że jest głupolem, to ustala cenę za niską i potem idzie z pustymi torbami. Zarówno popyt jak i cenę ustala RYNEK czyli zbiór wszystkich pacjentów w danej populacji.

    Handlowiec-kapitalista może jedynie próbować zgadywać czy będzie na coś popyt i jaką cenę zaakceptuje rynek.

    Te pseudo-kapitalisty z Dragon’s Den ani razu nie zadali sobie takiego pytania. Jedynie ten patałach udający rozgarniętego coś tam liczył na kalkulatorze i użył wieśniackiego określenia „on stock”.

    Głowę daję, że w tym programie wszystko jest fikcją literacką.

    Był kiedyś taki program Koło Fortuny. To było przegięcie na całego. Naprzód lecieli w chuja z telewidzami każąc im wpłacać kabzę za rozwiązanie jakichś bzdurnych testów. Każdy dostawał taką samą odpowiedź – zdobyłeś ZERO punktów na 1000 wymaganych aby się dostać do programu.

    Po pewnym czasie pacjenci się wkurwili, bo wyczuli szwindel, więc TVP zaczęła lecieć w chuja pisząc im – gratulujemy, zabrakło Ci zaledwie 4 punktów aby zakwalifikować się do programu. Możesz ponownie wpłacić kabzę i spróbować ponownie rozwiązać test.

    „Recydywiści”, którzy wpłacali po kilkanaście razy czasami dostawali się do tego kretyńskiego Koła Fortuny. Ale tutaj było kolejne lecenie w chuja. W umowie było jak byk napisane, że jako nagrodę pacjent otrzyma landrynki, czekoladki, książki, może nawet komputer.

    Ale przed telewidzami ma udawać, że wygrał SAMOCHÓD. Filmowano Go na tle samochodu wręczając Mu kluczyki. Kiedy kurtyna opadała to dostawał landrynki i kopa w dupę.

    Wtedy to gawiedź miała radochę.

    Arnoldzie, bardzo mądry z Ciebie chłopak. Dlatego, uświadamiaj hołotę, że wszelkie publikatory, nie tylko telewizyja, to jest jedna wielka ściema. I ludzie myślący powinni unikać wszelkich publikatorów.

    Pozdrowienia,
    ROMAN WŁOS

Leave a Comment

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *